Zakazać „banderyzmu”

Stepan Bandera został zamordowany w Niemczech przez sowieckiego funkcjonariusza KGB w 1955 r. Ukraińska Armia Powstańcza wtedy jeszcze walczyła z armią rosyjską, ale była skazana na przegraną: Sowieci i polska armia kontrolowana przez komunistów mieli miażdżącą przewagę, a Zachód w walki zbrojne za żelazną kurtyną wchodzić nie chciał, a tym bardziej nie chciał trzeciej wojny światowej. Dziś siły zbrojne niepodległej Ukrainy walczą, z pomocą wolnej Polski, z agresją Rosji Putina, a europejskie państwa Zachodu w większości stanęły po stronie ofiary agresji, a nie agresora.

Z lotu ptaka sytuacja jest niby jasna, ale zmącił ją konflikt między prezydentami obu krajów. Zszedł szybko z poziomu pałaców pod strzechy i obaj odnotowali wzrosty poparcia o charakterze nacjonalistycznym. Polska i Ukraina na konflikcie nic nie zyskały. Zachód przypatruje się jego eskalacji z niepokojem, a Rosja z nieskrywaną satysfakcją: oto polska prawica mówi językiem Kremla, a kandydat PiS na premiera grzmi z mównicy sejmowej, że banderyzm to nazizm w czystej postaci.

Czarnek nie posunął się tak daleko, by nazwać ekipę Zełenskiego nazistowską, jak wmawia to Rosjanom wojenna propaganda ekipy Putina. Ale PiS popiera projekt zmiany ustawowej zgłoszony na fali histerii „antybanderowskiej” przez ekipę Nawrockiego: zakazać w Polsce promowania „ideologii banderyzmu” oraz „kłamstwa wołyńskiego”.

To podobny absurd co próba wprowadzenia, za prezydentury Dudy, zakazu swobodnych badań naukowych nad Holokaustem. Nie znam żadnego przykładu „promocji ideologii banderyzmu” w polskiej debacie publicznej. Kto by miał ją promować i po co, skoro cel zasadniczy banderyzmu – niepodległe i suwerenne państwo ukraińskie – został osiągnięty. Teraz chodzi o to, by Rosja nie osiągnęła swego celu, jakim jest zniszczenie niepodległości Ukrainy i częściowa odbudowa rosyjskiej strefy wpływu w naszej części Europy.

A zakaz badań dotyczących Wołynia jest tak samo głupi jak zakaz badań nad ludobójstwem Żydów. Historycy polscy i ukraińscy mają obowiązek, jeśli traktują swój zawód poważnie, dyskutować nad genezą, przebiegiem, skalą i skutkami tej tragedii. I dyskutują na podstawie źródeł i danych, a nie pod z góry założoną ideologiczną tezę antybanderowską.

Zakaz „kłamstwa wołyńskiego” byłby aktem czysto politycznym o mrożącym skutku dla dalszych dyskusji naukowych. W przypadku Holokaustu nacjonalistów uwierało dokumentowanie udziału Polaków w tym ludobójstwie. W przypadku Wołynia nacjonalistom chodzi o zepchnięcie na margines niewygodnych dla nich tematów, takich jak polskie akcje odwetowe na cywilnej ludności ukraińskiej czy przypadki współdziałania AK z UPA już po zbrodni wołyńskiej, w obronie przed Sowietami.

Nacjonalistom polskim nie podoba się banderyzm, choć to też nacjonalizm, tylko ukraiński. Nacjonalistom polskim podoba się kult Narodowych Sił Zbrojnych, które pod koniec wojny ewakuowały się z terytorium Polski pod ochroną hitlerowskiego Wehrmachtu. Historia brygady świętokrzyskiej NSZ jest zbieżna z historią UPA pod tym względem: kolaborowali z Niemcami przeciwko Sowietom w walce o niepodległość.

Gdy Morawiecki jako premier RP składał kwiaty na mogiłach NSZ-owców w tym samym Monachium, gdzie sowiecki agent zamordował Banderę i gdzie został on pochowany (do dziś prochów nie przeniesiono do Ukrainy), polska prawica broniła go, bo przecież NSZ walczyło z komunizmem. Dokładnie to samo można powiedzieć o UPA. A bojowcy NSZ mordowali Żydów tak samo jak UPA.

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że eskalacja konfliktu przez ekipę Nawrockiego i przez partię Kaczyńskiego ma pomóc jej wrócić do władzy w przyszłym roku. Jak zawsze u nich cel polityczny usprawiedliwia użycie wszelkich środków służących mobliizacji elektoratu, a nie rozwiązaniu problemu, jakim w tym przypadku jest „deeskalacja” środkami dyplomatycznymi konfliktu wokół decyzji Zełenskiego o „bohaterach UPA”.

Tymczasem właśnie na tym, a nie na aspekcie wyborczym i w Polsce, i w Ukrainie, powinny się skupić czynniki rządzące w obu państwach. Tego oczekiwałbym po premierze Tusku, ministrach spraw zagranicznych i obrony w jego rządzie, bo po PiS i Nawrockim nie spodziewam się niczego dobrego w tej sprawie (jak i w innych). Na razie poprawy nie widać, choć Tusk, Zełenski, Sikorski i Sybiha próbują kryzys osłabić w ostatnich dniach w swych wypowiedziach publicznych i spotkaniach twarzą w twarz.

Co z tego? Polscy deputowani Parlamentu Europejskiego z prawicowo-konserwatywnej grupy EKR złożyli wniosek o uchwalenie przez PE rezolucji potępiającej ludobójcze zbrodnie UPA. Zapewne projekt nie przejdzie, bo kwestie polityki historycznej są w UE domeną państw narodowych. Ale sam pomysł oczywiście uderza w obecne dyplomatyczne zabiegi mające ostudzić polityczne emocje po obu stronach. Mam nadzieję, że polska reprezentacja w Europejskiej Partii Ludowej nie przyłoży ręki do tej kolejnej prowokacji antyukraińskiej w imię fałszywie rozumianego patriotyzmu.

Reklama