Kłamali na każdym kanale

Péter Magyar dotrzymuje obietnic z kampanii wyborczej. Właśnie rozbroił radio i telewizję „publiczną”. Personel wyprowadzono pod eskortą ochroniarzy. Zamilkła propaganda epoki Orbána: zamknięto pion „informacyjny”. W telewizji państwowej na ekranach odbiorników pojawił się się komunikat: „Przez lata kłamaliśmy. Media publiczne nie mogą kłamać”. Radio publiczne też przestało nadawać serwisy informacyjne i publicystykę do czasu, kiedy zadanie mediów publicznych przejmie nowa ekipa menadżerska i dziennikarska. Już się formują.

Tak, „kłamali na każdym kanale”, jak powiedział nowy premier. Nie tylko w mediach „publicznych”, które z całą mocą popierały reżim Orbána. Także w mediach prywatnych. Przedstawicieli opozycyjnej Tiszy prawie nie zapraszano do dyskusji. Nie zapraszano samego Magyara. A jednak po 16 latach rządów Orbána kłamstwo przestało działać i Tisza wygrała wybory, zdobywając większość konstytucyjną w węgierskim parlamencie. A zatem można wygrać z kłamstwem mimo wielu lat jego panowania w mediach i polityce.

Reakcję niedobitków Fideszu i samego Orbána, który schronił się w USA, bez trudu można było przewidzieć. Jak PiS po utracie władzy w 2023 r. orbaniści podnieśli krzyk w obronie demokracji i wolności słowa. Orbán zachęcił do przerzucenia się na jedną z telewizji prywatnych, odpowiednika TV Republika i innych polskich propisowskich mediów. Lider orbanistów w parlamencie grzmiał z trybuny, że jest gorzej „niż za Hitlera”, bo ten czekał na śmierć Hindenburga, nim przystąpił do dzieła na całego.

Obłuda i manipulacja, to jasne. Ale daje do myślenia ta niemal stuprocentowa zbieżność reakcji orbanistów na utratę władzy i na działania nowego rządu węgierskiego z taktyką przyjętą w Polsce przez PiS: zamiast wyciągnąć wnioski z przegranej, robić racjonalne korekty, spuścić z agresywnego tonu, przystępują do totalnej opozycji bez żenady i chwili zawahania, że może zostali słusznie wygłosowani od władzy przez społeczeństwo. Kaczyński i Orbán biorą w tym przykład z Trumpa, który nigdy nie przyznaje się do błędu, winy szuka po stronie „lewactwa”, a nawet Karola Marksa i wszelkich zdrajców i wrogów wewnętrznych i zewnętrznych, z wyjątkiem Rosji Putina. Sprzyja mu rozbicie Demokratów, którzy nawet jeśli zdobędą wkrótce w wyborach kontrolę nad Izbą Reprezentantów, to nie są na razie w stanie realnie zagrozić jedynowładztwu Trumpa.

A skoro Trump jest dziś bożyszczem i wzorem do naśladowania dla odsuniętych demokratycznie od władzy pisowców i orbanistów i jak na razie wspiera ich w swojej polityce – do Węgier zjechali przed wyborami Vance i Nawrocki – to ich taktyka się nie zmieni, raczej zaostrzy. Będą dalej kłamali rano i wieczorem na wszystkich kanałach w nadziei, że na kłamstwie wrócą do władzy. Będą wzmacniali skrajną prawicę u siebie i międzynarodowo, choćby w Parlamencie Europejskim. Viktor Orbán nie odpuścił politycznie ani mentalnie. To go łączy z Kaczyńskim. Ma ponoć przyjechać do Polski w najbliższym czasie na konsultacje z prezesem PiS. Orbán, Kaczyński i inne stare lisy populistycznej prawicy kombinują, jak połączyć siły i wrócić do władzy.

Péter Magyar ma jednak tę wielką przewagę nad nimi, że dzięki większości konstytucyjnej może realizować obietnice w całości, a nie wyrywkowo, jak rząd Tuska. Większość przegłosowuje zmiany potrzebne Tiszy do usunięcia fideszowskich złogów. Już zablokował możliwość ponownego objęcia urzędu premiera przez Orbána, wprowadzając kadencyjność tej funkcji oraz kadencyjność posłowania do parlamentu. Wkrótce wymusi zdjęcie z urzędu obecnego prezydenta, odpowiednika Nawrockiego w Polsce. Tusk takiej opcji nie ma. Nie ma też szans na większość konstytucyjną w przyszłorocznych wyborach. To Węgry Magyara są dziś politycznie i wizerunkowo znakiem nadziei dla sił demokratycznych w naszej części Europy.

Reklama