Przestańmy się kłócić

Przemówienia szefa ambasady RP w Kijowie słuchałem z uznaniem. Piotr Łukasiewicz wspomniał w Ołyce podczas obchodów rocznicy ukraińskiej zbrodni wołyńskiej, że oddając cześć jej polskim ofiarom, nie można pominąć ukraińskich ofiar przedwojennego państwa polskiego i w trakcie okupacji. Zaznaczył, że nie zrównuje tych wydarzeń, tylko przypomina, co było w nich „wstydliwe i niegodne”. Przemówienie natychmiast zaatakowali polscy nacjonaliści. A przecież Łukasiewicz powiedział prawdę. Co z tego, kiedy nacjonaliści mają swoją prawdę, ważniejszą od historycznej i służącą ich celom politycznym, czyli eskalacji kryzysu w naszych relacjach z Ukrainą.

Pan Przydacz, w którego gestii jest formalnie polityka zagraniczna, spróbował przemówieniem Łukasiewicza uzasadnić zwlekanie przez Nawrockiego z akceptacją osób zgłoszonych przez MSZ na ambasadorów. Wyjątkowo głupia to wymówka. Łukasiewicz, tak samo jak inni kandydaci na ambasadorów zmuszeni przez ludzi Nawrockiego do czekania na jego podpis, to nie jest amator. Amatorami byli niejednokrotnie ludzie mianowani przez Dudę. Łukasiewicz natomiast to były wojskowy w randze pułkownika rezerwy, specjalista od bezpieczeństwa, politolog z doktoratem i ambasador RP w Afganistanie za prezydentury Komorowskiego.

Przez pewien czas współpracował z think tankiem „Polityki” (Polityka Insight) i z innymi mediami. Takich dyplomatów Polska nie powinna się wstydzić, lecz stawiać za wzór dyplomatycznemu narybkowi. Ma nie tylko kwalifikacje zawodowe, ale też umiejętność komunikowania się z opinią publiczną. Rzeczowego, lecz także etycznego. Bo też pod tym kątem oceniam jego przemówienie. Właśnie to mi się w nim podoba, że uważa, iż dyplomaci mają prawo do mówienia rzeczy, które mogą się nie podobać nacjonalistom.

Broniący Łukasiewicza minister Sikorski ujął to tak: „Łukasiewicz wypowiedział się w chrześcijańskim duchu: wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Tak, dyplomata też ma sumienie i wolno mu dać temu publiczny wyraz. Szczególnie gdy, jak napisał Sikorski, „nacjonalistyczni sekciarze szczują bratnie narody na siebie, służąc zupełnie innym interesom”.

I szczególnie kiedy sam Donald Tusk podkreśla, że tylko prawda pomoże rozładować napięcie między naszymi państwami. Prawda w tak tragicznych sprawach jak zbrodnia wołyńska to punkt wyjścia. Przyznaje to także Zełenski, który ostatnio wyraźnie spuścił z tonu. A ta prawda jest taka, że Polacy byli zabijani przez Ukraińców, a Ukraińcy przez Polaków. W Polsce przedwojennej nie udało się wypracować funkcjonalnego modelu współpracy państwa narodowego z mniejszościami narodowymi, w tym z ukraińską. Nie udało się go wypracować na Wołyniu, kiedy należał do Polski.

To niepowodzenie było czynnikiem prowadzącym do tragedii podczas wojny. Błędy sanacji nie usprawiedliwiają ludobójstwa na polskiej ludności na Wołyniu, to jasne. Jednak gdyby II RP była bardziej arbitrem niż stroną w przedwojennych konfliktach o podłożu narodowościowym, może zbrodnia nie przybrałaby tak brutalnego i masowego charakteru. Niech to rozstrzygną historycy, o ile są w stanie, a politycy w Polsce i Ukrainie powinni im w tym pomóc, a nie dolewać oliwy do ognia.

Już dziś skutki kryzysu w naszych relacjach uderzają w interesy polskie. O skutkach dla Ukrainy się nie wypowiadam, choć widzę, że i tam ścierają się radykałowie z umiarkowanymi. Dla nas efekt jest taki, że konflikt nie zachęca naszych europejskich sojuszników do bezpośredniego włączania Polski do negocjacji na temat warunków pokoju akceptowalnych dla nich.

Dobra wiadomość jest taka, że Parlament Europejski przyjął kilka dni temu rezolucję w sprawie Ukrainy. Generalnie pozytywną w ocenie jej postępów w dostosowaniu się do wymogów pozwalających kontynuować starania o członkostwo w UE. Chodzi m.in. o walkę z korupcją. Eurodeputowany Andrzej Halicki (EPL/KO) zgłosił poprawkę dotyczącą sporu dyplomatycznego między Polską a Ukrainą wynikłego z dedykowania jednej z ukraińskich jednostek wojskowych „bohaterom UPA”.

Poprawkę uwzględniono: wyrażono ubolewanie z powodu „niepotrzebnej i niesprowokowanej eskalacji” ze strony Ukrainy i „lekceważenia polskiej wrażliwości i bólu związanego z szacowanymi na dziesiątki tysięcy ofiar UPA”. Rezolucja stanowi, że decyzja Zełenskiego „podważa stosunki dobrosąsiedzkie” i nie jest zgodna z „wartościami europejskimi”. Europosłowie wezwali do deeskalacji, jednak stwierdzili, że „przyszłość Ukrainy jest w UE” i że taki jest strategiczny wybór Unii. W warstwie symbolicznej, opiniotwórczej dokument ma wymowę jasną: przestańcie się kłócić, „bohaterowie UPA” to błąd, ale koncentrujemy się na przyszłości i Ukrainę widzimy w naszej Unii.

Reklama