Druga bitwa o Falklandy

W szale triumfu po wygranej z Anglią piłkarze Argentyny, w tym kapitan Messi, machali transparentem „Malwiny są argentyńskie”. W rzeczywistości Falklandy (hiszpańska nazwa wysp to Malwiny) są wciąż brytyjskie. Argentyńska junta wojskowa spróbowała je odbić, aby odwrócić uwagę społeczeństwa od fatalnych i krwawych skutków jej rządów. Premier Thatcher wydała rozkaz marynarce i siłom zbrojnym Królestwa, by broniły jego zamorskiego terytorium. I obroniły kosztem setek ofiar. W sumie wojna pochłonęła po obu stronach około tysiąca.

My w Polsce mieliśmy wtedy stan wojenny i swoje zmartwienia na głowie, ale niektórzy internowani działacze Solidarności witali z radością decyzję Thatcher. Bo nie o Falklandy nam chodziło, tylko o juntę, żeby padła, jak junta WRON. Argentyńskie komanda inwazyjne poddały się, junta gen. Galtierego upadła.

Konflikt o zwierzchnictwo nad wyspami jednak nie wygasł, tylko został zamrożony. Przypomniał o nim transparent trzymany przez zawodników Argentyny. Widać było to samo hasło na trybunach. Dla argentyńskich kibiców i piłkarzy mecz półfinałowy nabrał znaczenia rewanżu za przegraną prawie pół wieku temu wojnę o Falklandy z Wielką Brytanią.

Szaleństwo? Oczywiście, ale też przypomnienie, że nie da się oddzielić sportu od polityki, a masowe imprezy oglądane przez miliony są idealną okazją do manifestowania emocji o politycznej wymowie. Nic na to nie poradzą międzynarodowe reguły zakazujące takich zachowań. Szczególnie dzisiaj, gdy sport, polityka i ogromne pieniądze splecione są nierozerwalnym węzłem. Nie spodziewam się więc niczego po ewentualnym śledztwie FIFA dotyczącym „drugiej bitwy o Falklandy”, w jaką zmienił się mecz Anglii z Argentyną.

Tymczasem szef FIFA i Międzynarodowy Komitet Olimpijski zamierzają uchylić sankcje nałożone na sportowców Rosji po jej napaści na Ukrainę. To też czysta polityka. Na razie EUEFA, europejska federacja piłki nożnej, staje tu okoniem. Drużyny narodowe państw europejskich odmawiają rozgrywek z Rosjanami, póki nie zakończy się agresja Rosji na Ukrainę. Działacze sportowi forsujący złagodzenie restrykcji tłumaczą, że chodzi im o to, iż sportowcy Rosji są niewinnymi ofiarami konfliktu między Rosją a Ukrainą. Niewinnymi? Przecież nie protestują przeciwko wojnie, a większość społeczeństwa Federacji Rosyjskiej też milczy lub popiera wojnę. Kto milczy, ten de facto popiera.

Rosja zasłużyła na bojkot, tak jak kiedyś Republika Południowej Afryki za segregację rasową. Co do Izraela opinia publiczna jest dziś podzielona, ale raczej na niekorzyść Izraela za rządów Babiego. A co z Iranem, najbardziej brutalną totalitarną teokracją naszych czasów, której piłkarską reprezentację jednak dopuszczono do mundialu? Co z Infantino, szefem FIFA, który uchylił decyzję sędziego o czerwonej kartce dla piłkarza USA, gdy Trump wyraził niezadowolenie z tego powodu? Obyśmy nie musieli oglądać, jak Trump gratuluje prezydentowi Argentyny zwycięstwa w finale nad znienawidzoną przez Donalda Hiszpanią.

Jest też lepsza strona mundialu: wielokolorowy skład prawie wszystkich drużyn narodowych. Taki jest dziś świat sportu i nic nie pomoże zgrzytanie zębami rasistów, głównie białych. Nie zlikwiduje tego żaden ICE ani żadna krucjata obrońców cywilizacji chrześcijańskiej z kastetami na pięści. Między innymi dlatego lubię oglądać mundiale i olimpiady. Żadna teoria spiskowa o „wielkiej wymianie” ludności Europy nie przykryje Tajemnicy Stworzenia świata jako domu dla różnych ras, kultur i religii.

Reklama