Wóz albo przewóz

Jarosław Kaczyński musi zatrzymać fragmentację PiS albo całkowicie utraci kontrolę nad swoim ugrupowaniem. Jeśli mu się nie uda, zakończy długą karierę polityczną nie z hukiem, ale ze skomleniem. Dziś PiS ma przewagę w Sejmie nad innymi partiami: 30 szabel więcej niż Koalicja Obywatelska Tuska. Jeśli „harcerze” Morawieckiego nie podporządkują się rozkazowi prezesa i nie zwiną swej frondy, Kaczyński będzie musiał albo się ugiąć, albo frondystów wyrzucić. Ugięcie się uderzy w jego przywództwo tak samo, jak uderzyłoby ich wyrzucenie.

W obu przypadkach straty wizerunkowe i polityczne będą duże. Odejście „harcerzy” spowodowałoby znaczącą zmianę w układzie sił w parlamencie. Na czoło wysunęłaby się partia Tuska. PiS miałby trudniejszą pozycję w ewentualnych negocjacjach dotyczących sformowania rządu z Konfami, gdyby wybory za rok wygrała prawica, czyli gdyby ziścił się najczarniejszy scenariusz w obecnej polityce polskiej: przegrana koalicji 15 października. Wówczas skrajna prawica miałaby wolną rękę do realizacji swoich haseł od polexitu przez kurs antyukraiński po libertarianizm gospodarczy, czyli likwidację społecznej gospodarki rynkowej. Wątpię, czy premierem zostałby Czarnek, prędzej Mentzen lub Bosak, a ministrem spraw wewnętrznych być może Gaśnicowy. A wtedy porzućmy wszelką nadzieję na demokratyczne państwo prawa.

Wiele znaków na ziemi i niebie wskazuje, że Kaczyński gotów jest podjąć grę z Braunem. Najnowszy sygnał tej gotowości to przymierze z niejakim Markiem Wochem, niedoszłym pretendentem do prezydentury w 2025 r. Przedstawia się jako „bezpartyjny samorządowiec”, w rzeczywistości to „kamrat” Brauna, z którym zresztą też się sprzymierzył. Antysystemowiec i antyelitarysta pokroju obecnego prezydenta. W kampanii poparły go ugrupowania prorosyjskie. Sygnał jest więc jasny: Kaczyńskiemu takie alianse nie przeszkadzają. Przeciwnie, takich dwuznacznych figur potrzebuje w swej grze o powrót do władzy. Dlatego już mówi językiem braunistów i będzie mówił dalej.

Tyle że „harcerzom” Morawieckiego wydaje się chyba, że to o jeden most za daleko. I w tym pewna nadzieja, choć były premier bynajmniej nie jest mi bliski ideowo ani politycznie. Gdyby jednak powstrzymał braunizację PiS i Kaczyńskiego, zrobiłby coś dobrego dla Polski. Kryzysy i rozłamy już się w PiS zdarzały. Obecny jest inny, bo zwiększa szanse objęcia władzy przez skrajną prawicę, a to się dotąd nigdy w III RP nie zdarzyło. Dwie czy trzy partie umiarkowanie prawicowe to w systemie demokratycznym rzecz normalna. Skrajna prawica u władzy to koniec wszelkiej normalności.

Reklama