Zatrzaśnięci w historii

Trawestuję z myślą o polityce polskiej zdanie wzięte z felietonu Bernarda Guetty na naszej stronie: „W nadchodzących wyborach prezydenckich skonfrontują się dwie Francje: Francja przeszłości – kraj uwięziony w historii, w którym skrajna prawica i skrajna lewica są leciwe i zaczynają bredzić – oraz Francja przyszłości, która dzielnie podejmuje wyzwanie odnowy i toruje drogę do stworzenia potęgi europejskiej. Wie bowiem, że w przeciwnym razie czeka ją tylko skansen utraconej wielkości”.

Oczywiście Polska utraciła swą wielkość dawno temu i przestrogi francuskiego publicysty jej nie dotyczą. Nie mamy własnej broni atomowej, możemy o nią tylko prosić naszych sojuszników, Amerykanów, Brytyjczyków, Francuzów, jakby doszło do nieszczęścia. Nie możemy obiecywać naszym sojusznikom, że i Polska podejmie na długą metę „wyzwania odnowy” i wniesie swój wkład w „stworzenie potęgi europejskiej”. Nie możemy, bo jak do władzy znów dojdzie PiS plus skrajna prawica, to takie opcje – współpracy w imię wartości europejskich i dalszej modernizacji naszego kraju – zostaną wyrzucone na śmietnik idei przez brunatnych wszelkich odcieni.

Są jednak motywy wspólne: Francja szykuje się do wyborów prezydenckich, Polska do parlamentarnych. W obu przypadkach odnajdziemy też „uwięzionych w historii”, którzy mogą wpłynąć na wynik wyborów. We Francji centrum zostanie zmajoryzowane przez skrajną prawicę i lewicę. Im więcej kandydatów na prezydenta, tym większa szansa, że rozproszenie sił prodemokratycznych i proeuropejskich wyniesie na urząd głowy państwa – we Francji mamy system prezydencki, więc to gra o najwyższą stawkę – albo „lewaka”, albo „prawaka”, na pewno jednak nie kandydata demokratycznego centrum. To będzie zabójczy cios dla Unii i roli Francji w polityce europejskiej. Mocniejszy niż cios, jakim dla liberalno-centrowego obozu demokratycznego w Polsce była przegrana Trzaskowskiego.

W Polsce dzisiaj zatrzaśnięcie w historii widzimy przede wszystkim w dyskusji o kryzysie relacji polsko-ukraińskich. Mimo pojednawczych gestów ze strony ukraińskiej i części polskiej sprawy zeszły pod strzechy i nic nie będzie już takie samo. Bieżące i przyszłe interesy i cele zeszły w debacie na margines, a sama „konwersacja” na poziom bruku. Zełenski swą decyzją tylko sprowokował ten destrukcyjny kryzys. Do absurdalnej decyzji Nawrockiego o odebraniu prezydentowi Ukrainy – a w istocie walczącemu z Rosją państwu ukraińskiemu – naszego najwyższego orderu dołączyła prawie cała klasa polityczna i główne wolne media. To oznacza nieomal zgodę narodową na narrację nacjonalistycznej prawicy o tym kryzysie i zagranie kartą wołyńską, w istocie uaktualnioną na potrzeby polityczne, w przyszłorocznych wyborach.

Nie o pamięć i upamiętnienie ofiar tragedii sprzed ponad 80 lat tu chodzi, tylko o podgrzewanie obecnej fali antyukraińskiej w polskiej polityce i na polskiej ulicy pokazywaniem tych samych zdjęć filmowych we wszystkich mediach i powtarzaniem milion razy, że 100 tys. ofiar, ludobójstwo i jeszcze częściej nazwiska Bandera i terminu banderyzm. Jaka z tego korzyść? Bo przecież nie edukacyjna: ilu hejterów antyukraińskich w Polsce 2026 r. potrafi wskazać, jakie miasto było stolicą województwa wołyńskiego, albo powiedzieć, kim był wojewoda Józewski i jak chciał oddalić przeczuwaną tragedię?

Korzyść dla skrajnej prawicy jest taka, że udało się jej skleić Wołyń z polityką bieżącą tak, jakby to stało się wczoraj, a Ukraińcy mieszkający w Polsce mieli krew Polaków wołyńskich na rękach, więc nie zasługują na naszą gościnność, a państwo ukraińskie na wsparcie i solidarność. Przedtem nacjonaliści grali na polskich emocjach, wytykając Ukraińcom niewdzięczność za wsparcie jej walki.

Teraz na prawicy, a nawet szerzej, grana jest zbitka „Wołyń-Bandera-Zełenski”. I prawie całkowicie wyparła dyskusję, jakiej polityki względem Ukrainy potrzebuje Polska, gdy u nich codziennie w rosyjskich atakach giną niewinni cywile, w tym dzieci, a u nas nikt nie ginie, za to można swobodnie hejtować wszystko, co ukraińskie. To jest sukces prawicy, który będzie nas dużo kosztował, bo każdy nacjonalizm aktywuje nacjonalizm tych, w których ten pierwszy uderza. Każdy nacjonalizm kryje zagrożenie wojną domową i międzypaństwową.

Reklama