„Twardy kurs” Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz

Ponura ironia. Partia Hołowni, szorująca po dnie w sondażach, wewnętrznie skłócona, z nową szefową zapowiadającą „twardy kurs”, czyli jeszcze wyraźniejsze kontestowanie Tuska, może zaważyć na losach koalicji. Bo choć ma zapewne niespełna 1 tys. członków – w wewnętrznych wyborach następcy Hołowni ostatecznie głosowało niecałe 700 osób – to w Sejmie ma 31 posłanek i posłów.

Gdyby P2050 się rozpadła, rząd mógłby stracić większość. Nieć musi to oznaczać od razu jego upadku, ale rząd musiałby pracować w trybie petenta, zabiegać o głosy dysydentów za każdą szykowaną ustawą czy istotną decyzją państwową. W takim trybie też można funkcjonować, ale raczej nie przy prezydencie uważającym rząd Tuska za najgorszy po 1989 r.

I dlatego musimy zajmować się tym, co Polsce zafundował Szymon Hołownia. Chciał rozsadzić „duopol” PiS/PO, a doprowadził swój ruch na skraj krawędzi. I uciekł jak jakiś Dyzio rozrabiaka przed odpowiedzialnością polityczną za roztrwonienie swego kapitału, dorobku i zaufania społecznego.

Dobrze się bawił, zwłaszcza w okresie „sejmfliksu”, a potem zablokował Trzaskowskiego, chadzał na kolacyjki z Kaczyńskim, odblokował Nawrockiego. Nie sądzę, żeby zdołał odbudować swoją pozycję. Po co komu taki wodzirej, kiedy demokracji wygrażają pięściami faszyści?

Hołownia postawił w walce o sukcesję po nim w konającej partii na Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz, osobę, która w polityce i dyplomacji zjadła beczkę soli i zbiera raczej pozytywne recenzje jako szefowa resortu funduszy i polityki regionalnej. Lecz swym „twardym kursem” wobec własnego rządu zraziła do siebie premiera Tuska.

Tusk ją tolerował, ale raczej nie mia do niej politycznego zaufania, tak jak stracił zaufanie do jej mentora Hołowni po wyborach prezydenckich, w których Hołownia rywalizował z Trzaskowskim brutalniej niż z Nawrockim.

Co będzie oznaczał „twardy kurs” Pełczyńskiej-Nałęcz jako następczyni Hołowni? Na razie kontynuację linii „recenzenckiej”, czyli dystansowanie się od Tuska i KO w koalicji. Prawdopodobnie liderka wróci do tematu „wicepremierki”, a Tuskowi może być trudniej jej odmówić. Z kolei w P2050 trzeba wybrać nowe władze, to też będzie sprawdzian „twardego kursu”. Czy dopuści Petru i Hennig-Kloskę do zarządu?

Nie widzę większej nadziei na ogarnięcie sytuacji w P2050 pod rządami KPN (zbieżność inicjałów jej nazwiska z partią Leszka Moczulskiego oczywiście przypadkowa, choć też zniszczyły ją wewnętrzne rozgrywki). Ale mimo wszystko życzę jej powodzenia dla dobra koalicji.

Ponury paradoks obecnej sytuacji politycznej polega też na tym, że musimy spekulować o przyszłości P2050 w kontekście przyszłości koalicji i wyłonionego z niej rządu. Tymczasem uwagę powinniśmy kierować przede wszystkim na skrajną prawicę. Onegdaj na prawicy i na lewicy namawiano, by „nie straszyć PiS-em”, teraz podnoszą się głosy w centrum politycznym – a KPN deklaruje walkę o wyborców centrowych – żeby nie straszyć konfederacjami.

No to niech poczytają relacje z parteitagu braunistów w Łochowie. Szczególnie referaty Grzegorza Brauna i Tomasza Sommera. Ten drugi nazwał dzisiejszą Polskę „obozem Auschwitz” i wezwał do jego likwidacji pod przewodem Brauna. Rząd Tuska i cała koalicja, w tym KPN, zostali ostrzeżeni.

Reklama