Pamięci Pendereckich
Zmarła zeszłej jesieni Elżbieta Penderecka towarzyszyła Baltic Opera Festival od samego początku jako członkini Komitetu Honorowego. Oboje państwo Pendereccy patronowali powstaniu orkiestry smyczkowej Sinfonietta Cracovia.
Nic więc dziwnego, że pamięć obojga uczczono dziś w Operze Bałtyckiej koncertem-spektaklem muzyki Krzysztofa Pendereckiego w wykonaniu Sinfonietty Cracovii i tancerzy Opery Krakowskiej. Pomysł wydarzenia wyszedł od dyrektora festiwalu Rafała Kokota, który jest zarazem dyrektorem naczelnym tej orkiestry.
Głównym punktem wieczoru było odtworzenie po równo 40 latach choreografii Mariana Żaka do Partity. Był on swego czasu pierwszym tancerzem Opery Krakowskiej, potem jej choreografem, a także twórcą Teatru Tańca Silva Rerum, a potem wyjechał na stałe do Nowego Jorku. Tam w New Dance Group Studio na Broadwayu zrobił wrażenie rejestracją m.in. właśnie spektaklu zawierającego dzieła Pendereckiego i Kilara, który zrobił dla Opery Śląskiej. Z niego wzięto dziś część opartą na muzyce Pendereckiego, która została zatytułowana Muzeum człowieka. Na tle Partity na klawesyn, gitarę elektryczną, gitarę basową, harfę, kontrabas solo oraz orkiestrę kameralną, która sama w sobie nie jest utworem katastroficznym, choreograf wysnuł niedługą opowieść o świecie po katastrofie, w którym garstka ocalałych odnajduje ślady po dawnym muzeum, zdemolowane eksponaty, obrazy, znaki. W dzisiejszym spektaklu – który ma być jeszcze pokazywany w Krakowie (ale pewnie trzeba będzie coś dodać, bo ma koło 20 minut) – jeszcze bardziej podkreślają katastroficzność dekoracje, projekcje i kostiumy. Kompozytorowi ponoć spektakl w Operze Śląskiej się podobał; w tych czasach zezwalał już na wykorzystywania swoich dzieł nawet niezgodnie z ich pierwotną wymową (lub jej brakiem) i w ten sposób został kompozytorem muzyki do horrorów, co zresztą budziło jego uśmiech. Ale przecież i do Trenu została dopisana nowa treść ex post, bo to przecież był z początku abstrakcyjny utwór pt. 8’37”. Z tym, że Tren rzeczywiście brzmi jak utwór o katastroficznej wymowie, a Partita niekoniecznie, acz z obudową może nabierać i takiego sensu. Dla mnie to zawsze było raczej takie dzieło maszynistyczne, pozytywistyczne. To utwór z 1971 r., czyli z czasów jeszcze awangardowych – w tym samym roku powstały m.in. De natura sonoris II i Actions – ale już bliżej ich końca. Choć wciąż jest w niej jeszcze wiele młodzieńczej energii (na dwa lata przed czterdziestką). Jednak interpretację Żaka się kupuje – naprawdę robi wrażenie także dziś.
Zbyt rzadko wykonuje się takie utwory. W ostatnich dekadach, zapewne pod wpływem inspiracji Elżbiety Pendereckiej, która była zwolenniczką raczej późniejszych dzieł męża, raczej te się grywało. Pora na większe zrównoważenie w tej dziedzinie – z czasów pamiętnego projektu Penderecki – Greenwood pamiętamy siłę jego dzieł z młodości, która sprawdziła się nawet na Open’erze.
Dziś Partitę poprzedziły – już bez interpretacji pozamuzycznych – utwory nieawangardowe. Trzy utwory w dawnym stylu (nie mylić z dziełem Henryka Mikołaja Góreckiego pod tym samym tytułem) powstały co prawda w jak najbardziej awangardowym okresie, ale są nie tyle „głęboką refleksją nad czasem, tradycją i tożsamością” (jak napisano w programie), lecz po prostu muzyką filmową: Aria pochodzi z filmu dokumentalnego Zbigniewa Bochenka Passacaglia na Kaplicę Zygmuntowską, a dwa menuety – z pamiętnego Rękopisu znalezionego w Saragossie Wojciecha J. Hasa. Więcej refleksji i nostalgii słyszy się w Sinfonietcie nr 2 na klarnet i smyczki – to wersja Kwartetu klarnetowego z 1993 r., w której pobrzmiewają echa Króla Ubu, ale w ostatniej części zatytułowanej nostalgicznie Abschied muzyka jakby zanurza się w mroku. I Chaconne pamięci Jana Pawła II, włączona do Polskiego Requiem, ale odbiegająca stylem od pozostałych, wcześniejszych części.
I mnie zrobiło się smutno i nostalgicznie mimo świetnego wykonania (soliści koncertu: Andrzej Ciepliński na klarnecie i Marek Toporowski na klawesynie, dyrygował Michał Klauza). Rok temu jeszcze przed Pasją w Operze Leśnej siedzieliśmy razem z Elżbietą Penderecką, Joanną Wnuk-Nazarową i członkami rodziny Krzysztofa Pendereckiego. Kto by pomyślał, że to było ostatni raz…
Dla mnie to był ostatni koncert festiwalu – rano do Warszawy.