„Walkiria” bez cwałowania

…za to ze znakomitym śpiewem. Drugie ogniwo Wagnerowskiej Tetralogii w Operze Leśnej wykonane po raz drugi zabrzmiało ponoć lepiej niż poprzednie sprzed dwóch dni.

Godnie została w ten sposób uczczona 150. rocznica pierwszego wykonania całego cyklu. To był wieczór o najlepszej jakości w tych pierwszych latach Baltic Opera Festival i oby już ten festiwal trzymał tak wysoki poziom.

Zaczęło się z 20-minutowym opóźnieniem, bo w Trójmieście była awaria trakcji elektrycznej i powstały ogromne korki, a ponadto na początek miało miejsce parę krótkich przemówień: powitano obecnego w teatrze Andrzeja Poczobuta. Ogłoszono też, że przyszłoroczne koncertowe wykonanie Fidelia Beethovena (wyprodukowane wspólnie z Centralnym Placem Muzyki) ów dziennikarz i bojownik o wolność obejmuje swoim patronatem – zgodnie z przesłaniem dzieła.

Inscenizacja Walkirii, wzięta z koprodukcji oper narodowych w Kopenhadze i Atenach, jest trochę enigmatyczna – w I akcie bohaterom towarzyszy niemo grupa osób pracujących przy biurkach, wyglądająca jak architektoniczne biuro projektowe; szefem jest Wotan, który chodzi po estradzie lub wychodzi na proscenium, obserwując akcję jak demiurg, zaznaczając więc swą osobowość już w I akcie, mimo że w nim jako postać nie występuje. Wieńczy ten akt groteskowa scena zbiorowej radości łącznie z rzucaniem konfetti w momencie, gdy dochodzi do zbliżenia nieszczęsnych kochanków-bliźniaków Zyglindy i Zygmunta.

Obie te role są wybitne. Izabela Matuła wykonuje ją po raz pierwszy, ale pasuje do niej znakomicie ze swoim mocnym głosem i intensywną emocjonalnością. Zaś francuski tenor Stanislas de Barbeyrac, wszechstronny, jeśli chodzi o repertuar (słyszałam go kiedyś w Mozarcie), występował już jako Zygmunt w zakończonym właśnie sezonie. Ich wielki duet przełamany jest pojawieniem się męża Zyglindy, Hundinga, jaskiniowego patriarchy – René Pape w tej roli wciąż pokazuje klasę.

W II akcie w końcu doszedł do głosu Tomasz Konieczny jako Wotan – dopiero teraz, po paru dekadach, miał możność zaprezentować tę rolę w Polsce – i pokazał, że to naprawdę jego rola koronna. Postać niby boska, ale bardzo ludzka, ze wszystkimi małościami, których przy swojej apodyktyczności jest świadom. Jego starcie z Fricką (Małgorzata Walewska – szkoda, że nie zmierzyła się z tą rolą wcześniej, ale i teraz jej sprostała) kończy się porażką i zwrotem o 180 stopni. W kolejnym starciu, z Brunhildą (niezła również Stéphanie Müther), jest już złamany, ale tym bardziej chce pokazać siłę i tym agresywniejszy się staje w reakcji na nieposłuszeństwo. Ale na koniec, w III akcie, gdy chce ukarać krnąbrną walkirię, która jest przy tym jednak jego ukochaną córką, ostatecznie ulega jej prośbie i uśpiwszy ją otacza płomieniami, które nie dopuszczą do niej nikogo poza prawdziwym bohaterem (że tenże, syn Zygmunta i Zyglindy, Zygfryd, okaże się mimo to osobą niegodną tego przeznaczenia, okaże się dopiero w ostatnim ogniwie Tetralogii). Konieczny pokazuje tu znów, że także aktorstwo jest jego mocną stroną.

Znakomicie spisała się również orkiestra, choć była składanką z muzyków Opery Bałtyckiej i Filharmonii Lwowskiej – zapewne dlatego, że na jej czele stanął doświadczony w tej muzyce kapelmistrz Axel Kober.

To był specjalny wieczór także dlatego, że okazało się, że Małgorzata Walewska miała właśnie urodziny; z tej okazji zaśpiewaliśmy jej wszyscy Sto lat – ze sceny i widowni – a solenizantka namówiła jeszcze publiczność do zaśpiewania z nią słynnego Hojatoho.

Reklama