Na steinwayu i na pleyelu
…grał w FN Sir András Schiff. Tym razem również mieliśmy wiele niespodzianek, w tym parę tych samych, co na jego poprzednim występie w zeszłym roku.
Po Arii z Wariacji Goldbergowskich zatem, która jest jednym z najlepszych początków w ogóle, i zapowiedzi, że w tej części – na współczesnym instrumencie – będzie grał Bacha i Mozarta, którzy są jego ulubionymi kompozytorami, a byli też ulubionymi kompozytorami Chopina („Chopin miał dobry gust” – skomentował), znów zabrzmiało Capriccio na odjazd ukochanego brata. Kontynuując wątek Bachowski, zagrał V Suitę francuską G-dur, a bezpośrednio po niej – Gigue Mozarta, utrzymany w tej samej tonacji, bardzo chromatyczny – „jak muzyka dwunastotonowa”, skomentował (tu dodam, że u Mozarta można naprawdę znaleźć taką 12-dźwiękową „serię”, w której żaden z dźwięków się nie powtarza: na początku przetworzenia w finale Symfonii g-moll KV 550).
Wrócił na chwilę do Bacha Ricercarem a tre z Musikalisches Opfer, opatrzonym anegdotą o tym, jak król pruski Fryderyk II podał Bachowi piękny temat do opracowania, i komentarzem: „pokażcie dziś polityka, który potrafiłby podać taki temat” (ode mnie: co do jakości trudno powiedzieć, ale i w całkiem niedawnych czasach byli politycy-kompozytorzy, np. Ivo Josipowić, prezydent Chorwacji w latach 2010-2015, czy też autor wspaniałych symfonii Lepo Sumera, estoński minister kultury w latach 1988-1992). Bezpośrednio potem była Fantazja c-moll KV 475 Mozarta („to, że początek tego utworu brzmi prawie jak thema regium z Musikalisches Opfer, to raczej nie przypadek”). Pianista przypomniał, że Mozart w istocie fascynował się wówczas Bachem, choć mało kto go wówczas znał, ale „zaraził” go tą fascynacją baron von Swieten, który w swojej bibliotece miał rękopisy Bacha.
Mozart reprezentowany był także rzadko grywaną późną Sonatą F-dur KV 533, ale tylko dwiema częściami, pierwszą i drugą, w której słyszalne są polifonie (ostatnia jest pogodnym rondem, które w tym kontekście wydało się chyba pianiście dość banalne). Pierwsza część, trwająca aż półtorej godziny (absolutny rekord!), została zamknięta Koncertem włoskim Bacha – całym tym razem. Cóż powiedzieć – było długo, ale przepięknie, dźwięk wydobywany przez pianistę był niewiarygodnej jakości, a przy tym – jak już nieraz o tym artyście pisałam – w jego grze, nawet gdy pojawiały się biegniki, był wielki spokój i pogoda, działała absolutnie kojąco. Kiedyś po jego koncercie w NOSPR użyłam słowa sérénité; cóż można dodać.
W drugiej części, bez żadnych już zapowiedzi, solista przesiadł się do pleyela (ale nie wiem, którego). Zaczął od Bacha – jak zapewne nieraz zaczynał swój dzień Chopin: od Preludium i fugi C-dur z I tomu Wohltemperiertes Klavier. A bezpośrednio potem niespodzianka: wszystkie 24 preludia Chopina z op. 28. Może trochę zbyt ambitne założenie, bo tym razem nie zawsze było spokojnie i precyzyjnie, czasem zdarzały się potknięcia, zwłaszcza w tych bardziej burzliwych preludiach, które wyraźnie pianistę męczyły. Jednak wciąż były momenty wielkiej urody, a i z tego instrumentu solista wydobywał wspaniały dźwięk.
No i bisy. Część ta sama, co rok temu: Mazurki op.17 nr 4 i op. 24 nr 2, a na koniec Nokturn Fis-dur, ale pomiędzy nimi zostały wstawione wzruszające Rondo a-moll Mozarta i zupełnie oniryczny Walc a-moll Chopina. Tym razem więc bisów było „tylko” pięć – dobre i to. Wychodziło się w lekkim odurzeniu i zachwycie.
Komentarze
To był pleyel zupełnie wyjatkowy, bo należący do Chopina. Być może był to jedyny raz kiedy mogliśmy go posłuchać poza muzeum.
Czyste belcanto, dla mnie geniusz, a jego Chopek jakoś zawsze mi wchodzi (u kolegów po fachu różnie z tym bywa). Bach i Mozart kojarzą mi się trochę z Horszowskim (może głównie za sprawą szlachetnej urody dźwięku i rzeczonej śpiewności). U wielu pianistów łapię się czasem na słuchaniu na automatycznym pilocie. U Schiffa takie słuchanie byłoby niemożliwe, tak ta magiczna narracja wciąga… No, brak słów po prostu.
Na marginesie: KV sonaty F-dur to 533 (bo numer 543 zarezerwowano dla 39. Symfonii Es-dur).
Oryginalny fortepian Chopina… No to już wiem, dlaczego wszyscy rzucili się go fotografować w przerwie 🙂
Pani Doroto, ileż c i e k a w i e j opisuje Pani swoje wrażenia niż wszelcy „komentatorzy” innych dziedzin! Nieustannie podziwiam…
To był wspaniały koncert, myslę, że po latach bedziemy wspominać, jak na ChiJE w 2026 r. ponad 70-letni Andras Schiff zagrał 3,5 godzinny recital, snując przy tym opowieści i anegdoty.
Cieszę się bardzo, że w tym roku organizatorzy zaprosili też pianistów spoza grona laureatów konkursu (przy okazji też trochę żąłuję, że pierwszy raz od lat nie zagra Kate Liu i Yulianna Avdeeva – spośród laureatów Konkursu z ostatnich 30 lat akurat są moimi faworytkami, no i ChiJE bez Belcea Quartet też są trudno wyobrażalne : ), sądzę jednak, że za rok oni wszyscy wrócą), szczególnie czekam jeszcze na Pletneva i Kantorowa. Jak do tego dodać planowane w nadchodzącym sezonie w FN koncerty Paula Lewisa, Igora Levita, Volodosa, czy Leifa Ove Andnesa, to dla fanów pianistyki zapowiada się niezły rok. Jakby tak jeszcze Beatrice Rana i Yunchan Lim zagrali na ChiJE za rok, byłoby zupełnie nieźle 🙂
Początkowo miałem wątpliwości, nie wszystko mi się zgadzało, ale porównałem moje zdjęcia z wczoraj ze zdjęciem z katalogu muzeum i szczegóły rysunku słojów drewna jednoznacznie pokazują, że to był TEN Pleyel, ostatni instrument Chopina.
No tak. Dzięki temu, że muzeum jest w remoncie…
Instrument remontowany był w 2021 r. przez zespół Paula McNulty’ego. Chyba po to, żeby można go było jednak czasem słuchać. Ciekawe, że jako jedyny ma podwójną klapę…
@ ścichapęk – nie wiem, jak mi się paluszek omsknął, oczywiście KV 533.
Odświeżyłem sobie dziś bachowską płytę, którą Schiff kilka lat temu nagrał na klawikordzie. Są tam m.in. zagrane wczoraj na steinwayu (a w zeszłym roku na bösendorferze) Capriccio i Ricercar. Ciekawe porównanie. Do tego klawikordu musiałem się przy pierwszych przesłuchaniach przyzwyczaić, dziś trudno mi wybrać, którą wersję preferuję. Zwłaszcza w capriccio klawikord bardzo mi się podoba.
Też miałam wczoraj wrażenie, że uczestniczę w historycznym wydarzeniu. Ileż światów w samej tylko pierwszej części! Cudowna była ta lekkość i swoboda gry Sir A.S., jak gdyby grał zupełnie bez wysiłku (chociaż każdy, kto choć trochę interesuje się sztuką, wie, że jest zupełnie inaczej.) A część druga, z preludiami, mimo potknięć (a może właśnie dzięki nim) była dla mnie przejmująca. Z wielkimi słowami trzeba ostrożnie, ale chwilami robił się z tego traktat o zachwycie i rozpadzie.
Piękna była to (dla mnie) inauguracja festiwalu. Aż chciałoby się dzisiaj zrobić przerwę, bo w tym roku chodzę prawie na wszystko.