Niespodziewane i spodziewane
To był jedyny dzień na tegorocznych Chopiejach z dwoma koncertami. Wiadomo, że na 17. wielu ludzi po prostu nie może przyjść. Ale kto mógł, ten stwierdził, że było warto.
Vincent Ong był jednym z czarnych koni na ostatnim Konkursie Chopinowskim – nikt nie przewidział, że dostanie V nagrodę, a nawet, że w ogóle wejdzie do finału. Bardzo zaskakiwał. Jak na mój gust był nierówny; stwierdziłam, że jest typem miniaturzysty, który pięknie cyzeluje pojedyncze drobne formy. I dziś też był prawdziwym cyzelatorem, a zarazem nosicielem niezwykłych nastrojów. Przepiękna barwa dźwięku uzewnętrzniła się szczególnie w Wariacjach na temat Schumanna Brahmsa oraz w utworach Haydna: Largo assai E-dur z Kwartetu g-moll „Reiterquartett” i bezpośrednio po nim w tej samej tonacji Sonata Hob. XVI:31. Piękne ozdobniki, koronkowa robota. I nagle wielki kontrast: Etiudy op. 18 Bartóka, mocne, ostre, niemal dzikie, awangardowe, z tego samego 1918 r., z którego pochodzi Cudowny mandaryn. I ani śladu folku, który przecież powszechnie z Bartókiem się kojarzy. Wspaniała muzyka, zapowiada już Etiudy Ligetiego.
Drugą część, podobnie jak Schiff, wypełnił Ong kompletem Preludiów op. 28 Chopina. Na konkursie zagrał je bardzo dobrze, interesująco; dziś nie wszystko może mi się w równym stopniu podobało, ale zmiany nastrojów fantastyczne. Na bis Nokturn f-moll i jeszcze żarcik – Menuet Paderewskiego, zagrany z wdziękiem, dowcipnie. Skąd się wziął taki ufoludek w tej Malezji – zdumiewające. Ciekawe, jak będzie się dalej rozwijał, a już ma cechy dojrzałego pianisty.
Wieczorem właściwie wiadomo było, czego się spodziewać: znów {oh!} Orkiestra i Ritter, dwa koncerty Beethovena. W IV Koncercie trochę za szybko wzięto tempo I części, skowronek nie do końca miał możność się wyśpiewać. W II części z kolei trochę sztywno grała orkiestra. Ogólnie jednak było nieźle, ale naprawdę dobry był V Koncert, energiczny, młodzieńczy, ale jednak z pewnym „cesarskim” dostojeństwem. Jedno tylko mnie dziwi: dlaczego w grze pianisty prawie w każdym utworze zdarzają się jakieś potknięcia? Trudno zgadnąć, ale kontekst jest na tyle sympatyczny, że mu się to jakoś wybacza. Bisy: zabawna II część Sonaty Es-dur op. 31 nr 3 Beethovena i łagodna Pieśń bez słów op. 67 nr 3 Mendelssohna. Najlepszy jest Ritter w tych bisowych pieśniach, czy to transkrypcjach, czy autentykach jak ten.
Komentarze
Chyba Piotr Pawlak powiedział niedawno w jednej z audycji radiowych, że grając na instrumencie historycznym trzeba być przygotowanym na wszystko, w szczególności na to, że nagle jakiś klawisz odmówi posłuszeństwa, dźwięk nie wybrzmi itp. W przerwie drugiego koncertu nad fortepianem zebrało się prawdziwe konsylium: stroiciel z Martyną Pastuszką, później sam stroiciel, wreszcie stroiciel z Tomaszem Ritterem. Po koncercie doniesiono mi, że podczas transmisji radiowej powiedziano, że pękł klawisz i trzeba go było skleić. Być może to tłumaczy wspomniane potknięcia?
Może i tak 🙂
Dla mnie wczorajszy występ Onga to, jak dotychczas, jeden z najjaśnieszych punktów tegorocznego festiwalu. Trochę niespodziewanie, a trochę spodziewanie, bo jak zobaczyłam program, od razu nadstawiłam uszu, że to może być bardzo ciekawe. Uwielbiam koncerty, które pozwalają mi zmienić zdanie o wykonawcy na lepsze. Malezyjski pianista nie był moim faworytem na konkursie – a tu zachwycił od razu, tym wspaniałym Brahmsem. Cudowny był też Bartók – oba utwory bardzo trafiły w moją wrażliwość. Chopinowskie preludia, jak słusznie zauważyła PK, różne, ale jako całość, forma – super. (Tym bardziej, że przecież, przy wszystkich różnicach – tu fortepian współczesny, tam historyczny; tu młody chłopak – choć bardzo dojrzale grający – tam młodzieńczy starszy pan) słuchaliśmy tego samego cyklu w tej samej sali kilka dni wcześniej, też w pamiętnym wykonaniu.) Brawo Vincent – uczta to była.
Niespodziewane: Bomsori nie przyjeżdża, ponoć z przyczyn zdrowotnych musiała odwołać występ.
Zastąpi ją Agata Szymczewska – i tu będzie raczej spodziewane, bo ma przecież ten koncert na stałe w repertuarze.