A więc Czarnek, czyli kiedy partie tracą duszę

Ale tym razem zaskoczenie jest inne: nominacja Czarnka to dowód, że talia Kaczyńskiego była krótka. Zdecydował się na powrót do przeszłości, co z kolei dowodzi, że PiS jest zagrożony egzystencjalnie. Bo Czarnek to policzek dla Morawieckiego. Kaczyński chce leczyć dżumę cholerą.

A przecież walki frakcyjne zaczynają się zwykle, kiedy partia polityczna traci swą duszę. Czyli tożsamość i spójny przekaz do własnego elektoratu. I tu jest sedno sprawy. Najnowszy przykład partii, które tracą duszę, a wskutek tego popadają w konflikty wewnętrzne zapowiadające rozłam i upadek, to PiS „maślarzy” i „harcerzy” oraz naturalnie sklecone naprędce ugrupowanie Hołowni. Rola liderów w tym agonalnym procesie jest szczególnie diagnostyczna.

Gdy Kaczyński publicznie zakazuje wynoszenia partyjnych brudów, w tym przypadku próby defenestracji Morawieckiego, nie może liczyć, że go w PiS posłuchają, bo konflikt zaszedł za daleko, a Kaczyński interweniował za późno. Tak samo z Hołownią: gdy założyciel dezerteruje, zamiast zaciągnąć cugle, jest po wszystkim. Etap rozpadu poprzedza zejście ze sceny raz na zawsze. Elektorat widzi, że „dusza z ciała uleciała” i zaczyna się rozglądać na boki w poszukiwaniu czegoś innego.

Było dużo spekulacji, kogo Kaczyński wystawi na premiera po wyborach w przyszłym roku. Takie przymiarki media i komentariat lubią, lecz kończą się zwykle jak spekulacje przed konklawe. Nie przewidziano ani Franciszka, ani Leona. Nie przewidziano, że Kaczyński postawi na przeszłość, czyli na Czarnka.

Kalkulacja była niby sprytna: profesor prawa z KUL z niewyparzoną gębą, wróg „lewactwa” w Polsce i Brukseli. Ale to wygląda na rozpaczliwy ruch w celu zatrzymania odpływu pisowskiego elektoratu do skrajnej prawicy. Ruch wymuszony lękiem przed rozłamem w partii. Tyle że to mało obchodzi elektorat, który widzi, słyszy i wyczuwa, że PiS traci duszę.

Reklama