Vance w Budapeszcie

Wbrew obawom wybory węgierskie się odbędą. Dowodem wizyta Vance’a w Budapeszcie i jego spotkanie z Orbánem. Gdyby Orbán miał zamrozić wybory, poprosiłby wiceprezydenta o odwołanie tej wizyty. Na konferencji prasowej we wtorek Orbán przeszedł sam siebie w insynuacjach i atakach na Ukrainę i Brukselę. Vance albo milczał, albo wtórował. Wiadomo, że Unii nie życzy dobrze, jak jego pryncypał, ale żeby aż tak, to jednak niebywałe. O Rosji milczeli obaj, tak samo jak o Iranie. Za to obarczali Unię winą za szok podwyżek cen paliw. To już ponura groteska.

Druga sprawa, która rzuca się w oczy, to oczywiście jawna ingerencja ekipy Trumpa w wybory węgierskie. Po kiego diabła, przecież Węgry to żadna siła międzynarodowa. Nie ma nawet okrętów, które mogłaby wysłać do cieśniny Ormuz, bo nie ma dostępu do morza. Nie ma, ale Orbán wypromował się w Waszyngtonie Trumpa na sojusznika ideologicznego, obrońcę cywilizacji chrześcijańskiej, cokolwiek to dziś znaczy, i ważną figurę w międzynarodówce alt-prawicy. I to jest jego atut w oczach Trumpa.

Trump ceni tę ideologię bardziej niż typowy dla amerykańskich Republikanów pragmatyzm. Wraz z ruchem MAGA konserwatyzm amerykański zmienił oblicze z pragmatycznego na skrajnie prawicowo-populistyczny. Jak na tym wyjdzie Ameryka? Jak najgorzej. Jak wyjdą Węgry, zobaczymy. Wizyta Vance’a raczej nie będzie wisienką na torcie dla Orbána i Fideszu. Szali nie przechyli.

A szala się waha. Orbán chyba wciąż liczy, że wygra. Ma swoje sondaże i machinę państwową do dyspozycji. Ma też zapewne plan B na wypadek przegranej. Na pięć dni przed wyborami wygrana opozycji nie jest pewna.

Przegrana Orbána byłaby trzęsieniem ziemi nie tylko w polityce węgierskiej, ale i międzynarodowej. Bruksela unijna mogłaby odetchnąć z ulgą: dyskusje, jak sobie radzić z Orbánem w UE, trafiłyby do kosza. Orbán zrobił się prawdziwym problemem dla Unii. W brukselskich kuluarach budzi coraz większą wściekłość. Wszyscy kombinują, jak się go pozbyć. A tak pozbyliby się go sami Węgrzy, głosując na Magyara. Co zresztą niekoniecznie oznacza, że Magyar okazałby się euroentuzjastą. To w końcu dysydent z Fideszu.

Za to międzynarodówka alt-prawicy niespodziewanie utraciłaby ważnego sojusznika, najważniejszego dzisiaj polityka na stanowisku premiera w jej elicie. Meloni spuściła z tonu i przesuwa się ku centrum. Fico i Babisz to druga liga. Orbán to jednak zjawisko: cztery kadencje wykorzystane do budowy dominium i pozycji międzynarodowej, co z tego, że ostro krytykowanej, skoro jak dotąd niewzruszonej. Vance w Budapeszcie obsypał go komplementami, jakich muszą mu zazdrościć Nawrocki czy Kaczyński. Lecz zniknięcia Orbána nie będą bardzo żałować. Zrobi się więcej miejsca dla nich na twardej prawicy w Europie.

Reklama