Ach, Najwyższa Maryja

Taki polski paradoks: niby kicz i megalomania, a wszyscy o tym piszą. Od prawa do lewa, katolicy i ateiści. W Konotopie stanęła najwyższa w Europie figura Matki Boskiej. W „Polityce” opisał ją, jak zwykle cienkim piórem, Marcin Kołodziejczyk, mistrz reportażu społeczno-kulturowego. W OKO.press mamy wywiad z prof. Semprinem o „nadobecności” Maryi w polskim katolicyzmie.

Konstrukcję sfinansował z własnej kieszeni miejscowy biznesmen. Jego pieniądze, jego decyzja. Ale publiczność, niekoniecznie wierząca, zastanawia się, na co mogłyby pójść jego miliony zamiast na kolejny, po Jezusie ze Świebodzina, symbol kulturowej dominacji katolicyzmu w Polsce. Oczywiście, że przydałyby się np. służbie zdrowia albo publicznej edukacji. Jednak póki mamy wolność wydawania własnych pieniędzy po własnym uważaniu, musimy się pogodzić z polskim „świętym kiczem” finansowanym przez prywatne osoby, a nie przez państwo.

Szczerze mówiąc, kiczu ci u nas dostatek, także świeckiego i dworującego sobie na potęgę z uczuć religijnych. Przykłady znajdziemy bez trudu we współczesnej kulturze masowej, od Monty Pythona po darcie Biblii przez Nergala czy zdjęcia JPII przez Sinead O’Connor (skądinąd znakomitej) albo czarne msze satanistów. A mnie się nie podoba jedno i drugie, choć Monty Python i mnie bawi, bo lubię brytyjskie poczucie humoru, dosadne, lecz zwykle nieprzekraczające czerwonych linii. Należy do nich szacunek dla zwykłych ludzi, choćby biednych, niewykształconych, mierzących się z życiem z pomocą wiary. Co innego estetyczna ocena religijnej gigantomanii, a co innego ludzie, którzy odczuwają potrzebę obcowania z widzialnymi znakami wiary, którą wyznają.

Nie znam tak kpiących krytyk jak te polskie, odnoszących się do gigantycznych figur Buddy, np. w Kamakurze czy w Afganistanie, niestety wysadzonej przez talibów dynamitem. Przeciwnie, uważamy je za imponujące i warte ochrony zabytki ludzkiej kultury duchowej. I tego się trzymam: jest wolność do religii, nawet dla religijnego kiczu, tandety i dewocji, póki nie narusza ona wolności od religii, która też nie zawsze imponuje wysokim artyzmem i smakiem.

Moje zainteresowanie wzbudza bardziej postawa ludzi religijnych wobec zła społecznego. Bo mamy właśnie rosnącą falę uprzedzeń, nienawiści, a nawet ataków fizycznych na Ukraińców, Żydów i wszelkich „obcych” w naszym kraju. Niewiele warta jest religijność, która to zło ignoruje lub wręcz popiera. Na tym polu oczekuję reakcji i od zwykłych wierzących, i od duchownych wszystkich szczebli. Mamy dziś deficyt reakcji negatywnych, wzywających do opamiętania się i porzucenia tej drogi, za to znaczną „nadobecność” pozytywnych, próbujących usprawiedliwiać bicie lub znieważanie na polskich ulicach takich Bogu ducha winnych osób. Dlatego za ważne uważam publiczne wypowiedzi na ten straszny temat zadomowiania się w Polsce nienawiści. Szczególnie osób wierzących. Pokroju ks. Lemańskiego, siostry Chmielewskiej czy kardynała Rysia.

Po raz kolejny kardynał dał przykład katolikom polskim w liście duszpasterskim do wiernych z okazji Wniebowzięcia Maryi, datowanym na 12 sierpnia, a przygotowanym w Rzymie, gdzie Ryś załatwia kościelne sprawy (właśnie papież Leon mianował go członkiem watykańskiej Rady do spraw Ekonomicznych). W tym liście poświęconym głównie kwestiom „mariologicznym” polski hierarcha, uważany w kręgach katolików soborowych za nieformalnego lidera Kościoła w Polsce, wspomina o nienawiści na tle narodowościowym.

„Nie ma dnia, aby media nie informowały nas o nowych aktach przemocy: wobec dzieci i młodzieży, wobec kobiet, wobec migrantów, szczególnie Ukraińców. Mówimy o tym już chyba wszyscy. Przemoc jest grzechem. Obojętność wobec niej również. W jaki więc sposób można się temu przeciwstawić? Gdzie znajduje się źródło tych postaw? Skąd się to bierze? Czy nie stąd właśnie, że widzimy i podchodzimy do drugichz góry – jako ci, którzy zawsze stoją wyżej, wiedzą lepiej, mogą więcej? Rozeznajemy rzeczywistość wokół nas ciągle z perspektywy siły i władzy. Czasami – i to jest jeszcze gorsze – z pozycji władzy utraconej. Widząc utratę pozycji, autorytetu i wpływów, tym bardziej chcemy ich bronić, tupiąc, wykrzykując i żądając. Im bardziej słabnąca pozycja – tym więcej agresji. Ale błąd jest najpierw na poziomie widzenia – zawsze z góry, nigdy z pozycji maluczkich. A to widzenie nie tylko głęboko fałszywe, ale także rujnujące wszelkie ludzkie spotkania i relacje”.

Takiej refleksji oczekuję nie tylko od duchownych, ale też od polityków, na czele z prezydentem, premierem i ministrami polskiego rządu. Słowa robią politykę tak samo jak działania. Ale nie cieszmy się przesadnie. W jednym z kościołów krakowskich z tego fragmentu listu metropolity odczytujący go ksiądz usunął jedno słowo. Nietrudno zgadnąć jakie: „Ukraińcy”.

Reklama