Młodzi kochają Nawrockiego

Jeśli to prawda, że zdecydowanej większości młodego pokolenia (do trzydziestki) Nawrocki się podoba i jako p.o. prezydenta, i jako „fajny gość”, to porzućmy nadzieję, że jeszcze będzie normalnie i przepięknie. Chyba że większość z tej większości oczarowanych Nawrockim poprzestanie na deklaracjach sympatii i głosować w przyszłym roku nie będzie. Oby, bo pięć lat Nawrockiego to będzie totalna destrukcja państwa i prawa. Przykładem jego pierwszy rok. Cóż, jeśli to milionom Polaków nie przeszkadza, to może, gdy zakosztują takich pseudorządów, zaczną traktować obywatelskość poważniej. Polska Nawrockiego i skrajnej prawicy to politycznie i ideologicznie raj dla nacjonalistów, dla reszty społeczeństwa jazda po bandzie. Ucierpią jak zwykle młodzi i słabsi.

Miałem w życiu jak każdy młody człowiek okres fascynacji „antysystemowej”. Konkretnie w PRL obracałem się w kręgu anarchistów (ale wyrzekających się przemocy i terroru), wzorem był Edward Abramowski, bez większych trudności moje środowisko dogadywało się w Krakowie z młodymi katolikami wokół o.o. Kłoczowskiego i Hauke Ligowskiego oraz ks. Adama Bonieckiego.

Dziś pewnie nie do pomyślenia taka komitywa w społeczeństwie rozdartym przez wojnę kulturową ateistów i radykalnych antyklerykałów z nawet umiarkowanymi katolikami soborowymi, a co dopiero z nacjonalistami od „katolickiego państwa narodu polskiego”. Jak to było wtedy możliwe? Po prostu patrzyliśmy w szerszej perspektywie: dążenia do całkiem innej Polski niż PRL, w której każdy będzie mógł, jak sobie wymarzy, szanując zasadę, że nienaruszalną granicą w relacjach osobowych jest wolność i wyrzeczenie się przemocy na wzór ojca niepodległości Indii mahatmy Gandhiego.

W ramach tej komitywy powstał po śmierci naszego kolegi Staszka Pyjasa Studencki Komitet Solidarności. Zadzierzgnęła się przyjaźń z powstałym rok wcześniej (1976, masakra robotników Radomia i Ursusa przez ZOMO) Komitetem Obrony Robotników. Współdziałaliśmy w akcjach antysystemowych: przeciwko zmianie w konstytucji PRL wpisującej do niej wieczną przyjaźń PRL z Sowietami, w obronie prześladowanych robotników i wspieraniu ich rodzin, przeciwko tzw. wyborom do rad narodowych i do Sejmu.

Większość z nas, ówczesnych niepokornych, włączyła się w ruch Solidarności, co wydawało się logiczną konsekwencją obywatelskiej aktywności. Wielu trafiło do więzień po puczu Jaruzelskiego, prawie wszyscy kontynuowali działalność po zwolnieniu w formie jawnej i podziemnej. Mimo wszelkich różnic wciąż działało i łączyło marzenie o całkiem innej Polsce: samorządnej, czego przykładem była właśnie Solidarność, a jak Bóg i historia pozwolą, to i w pełni niepodległej. Mało kto jednak wierzył, że tego doczekamy za naszego życia.

Po transformacji ta zasadnicza wspólnota (nigdy nie była całkowita, czego przykładem był atak „prawdziwych Polaków”, czyli katolickich nacjonalistów, na mentora KOR Jana Józefa Lipskiego na wolnym Sejmie Polaków, czyli I Zjeździe Solidarności w Gdańsku Oliwie) zaczęła się rozpadać. Były głosy, aby ten proces – skądinąd typowy dla demokracji parlamentarnej – zwolnić, tworząc na bazie wskrzeszonego Związku rodzaj meksykańskiej Partii Rewolucji Instytucjonalnej, która wygrałaby wolne wybory i sformowała rząd na dłużej, zabezpieczając transformację ustrojową przed próbami destabilizacji od środka i od zewnątrz. Ale ciąg do demokracji „pełnoskalowej” był przemożny i okresy przejściowe nie przeszły. Skończyło się rozdrobnieniem pierwszego wolnego Sejmu i próbą wykatapultowania młodziutkiej demokracji przez „listę Macierewicza”. Pucz został zażegnany, a do władzy doszła drogą demokratyczną „postkomunistyczna” formacja SLD. Była to zapowiedź nadejścia epoki Kwaśniewskiego.

Dla dawnej i ówczesnej prawicy, także dla wielu ludzi Solidarności – szok, bo jak to: komuna wraca, na co nam taka demokracja? Ależ na tym polegają przecież wolne wybory, że wygrywa ten, kto zbierze najwięcej głosów w uczciwy sposób! Póki nie ma twardych dowodów fałszerstwa, trzeba wynik zaakceptować. Największym skarbem demokracji jest możliwość wymiany rządzących. Z prawych na lewych albo z lewych na prawych. Jak postanowi elektorat.

Ale jak to wygląda dziś? Kiedy żyjemy w matriksach i bombardują nas cyberkomanda? Kiedy mediom tradycyjnym się nie ufa, telewizji ogląda dużo mniej, prasy nie czyta i tym wszystkim na dodatek się chwali? W tej sytuacji trudno o normalną debatę publiczną, bo po co, kiedy fani i kontrfani wiedzą wszystko lepiej i nikt im nie powie, że białe jest czarne. W demokracji jedność nie jest wartością naczelną – to cecha dyktatur – lecz różnorodność i wielość. Dziś mamy wiele różnych rozumień demokracji – od parlamentarnej po „bezpośrednią”. Nie da się wygenerować master planu „Polska”, funkcjonuje mnogość pomysłów na Polskę, w której chce się żyć. I tak jest dobrze, póki wszystko jest w ramach prawa. Tego problemu wciąż nie udało się rozwiązać. Dwa główne master plany – prawicy nacjonalistycznej Nawrockiego i Kaczyńskiego – i sił zgrupowanych wokół koalicji rządzącej – są skazane na frontalne zderzenie, bo o to chodziło co najmniej od Smoleńska prawicy „patriotycznej”.

Mamy się zagryźć, zwycięzca bierze wszystko. Młodzi entuzjaści Nawrockiego jakby tego nie widzą. Naród, którego sporej części wystarczy widok człowieka pokrytego tatuażami i wciągającego snus publicznie, otwartym tekstem atakującego swobody liberalne – kiedyś najważniejszą dla młodych wartość demokratyczną – sam szykuje się na rozpad i utratę wolności.

Jest tak źle, że nawet złote słowa dla tylu pokoleń – wolność, niepodległość, demokracja – zaczynają tracić atrakcyjność, nudzą, irytują, bo ci, którzy mają ich pełne gęby, są kompletnie niewiarygodni nawet dla swoich zwolenników. Jak by się zachowali jedni i drudzy, gdyby Rosja przeszła w Polsce od słów do czynów na masową skalę?

Reklama