Lang Lang nader wzmocniony

Dziś na Centralnym Placu Muzyki nagłośnienie znów przeszkadzało muzyce. Choć sama Orkiestra Polskiego Radia brzmiała trochę lepiej niż ta sprzed paru dni. Trudno jednak ocenić koncert po tak zniekształconym dźwięku.

Ciekawy był pomysł dyrygenta Bassema Akiki, by zestawić muzykę Beethovena z utworem Jörga Widmanna Con brio (2008), który jest swoistym dialogiem z Beethovenem. Na początek koncertu były więc dwie uwertury: Coriolan i właśnie owo dzieło Widmanna, w którym można znaleźć Beethovenowskie gesty, ale też nietypowe dźwięki wydobywane przez muzyków. Przy pierwszym takim szmerze zniekształconym przez nagłośnienie można było pomyśleć, że to przypadkowy dźwięk, ale perspektywa zmieniła się, gdy zabrzmiało ich więcej. Tyle, że nie było to „prawdziwe” brzmienie – lepiej byłoby wysłuchać go na sali ze wszystkimi niuansami (dyrygent deklaruje, że chce to powtórzyć w Studiu im. Lutosławskiego). Co zaś do Coriolana, odnosiło się wrażenie, że grupy instrumentów nie za bardzo się nawzajem słyszą – trochę się między sobą rozchodziły.

Jednak najgorsze było nagłośnienie fortepianu. Zdominował wszystko, zwłaszcza wzmocnione były jego basy. Jego brzmienie górowało nad orkiestrą, zupełnie jakby ktoś się bał, że piana (np. w drugiej części V Koncertu Beethovena) nie będą słyszalne. Brzmiało to tak nienaturalnie, że po prostu nieprawdziwie. Sam Lang Lang robi bardzo miłe wrażenie jako osoba, a przy tym wciąż poważnieje – już naprawdę daleki jest od dawnego dość taniego efekciarstwa. Poprzedni raz grał w Warszawie 16 lat temu, na inaugurację Roku Chopinowskiego, i wtedy pisałam, że „szczeniaczość pozostanie mu już w pewnym stopniu na stałe”. Otóż nie pozostała, on jest teraz na serio. Przypomnę, że z kolei 10 lat temu odwiedził Warszawę jako pedagog i odniosłam wrażenie, że grał dziś Beethovena zgodnie ze swymi ówczesnymi uwagami: nie pędzić za bardzo, starać się grać swobodnie, myśleć o ekonomii gestów, zwracać uwagę na szczegóły. Najładniej to wyszło w II części. Trudno jednak było to docenić w tych warunkach. Sympatyczne były oba bisy: Mazurek D-dur Chopina zagrany po swojemu, choć przytupy i owszem, były, i Clair de lune Debussy’ego – na czasie: akurat dziś jest pełnia, za czym zwykle idzie zmiana pogody. Już się ją trochę czuje – oby, bo te parę dni było naprawdę piekielnych.

Teraz dzień przerwy – kolejny wieczór festiwalowy we środę.

Reklama