Kate i FN delikatnie wzmocnieni
Dziś na Centralnym Placu Muzyki sytuacja była odwrotna niż na koncercie z Lang Langiem, i już teraz wiem, dlaczego wtedy było tak, jak było.
Okazuje się, że chiński pianista przywiózł swojego asystenta od nagłośnienia, który przypilnował, żeby było słychać przede wszystkim solistę. Dziś z kolei odnosiło się wrażenie, jakby ktoś chciał uzyskać dźwięk zbliżony do naturalnego, a to przecież w tych warunkach niemożliwe.
Inna sprawa, że choć największym skarbem pianistyki Kate Liu jest barwa i wszelkie cuda, które potrafi z nią wyczyniać, to można dziś było odkryć, że nawet jeśli ten aspekt odjąć, pozostają fascynujące rzeczy, jakie robi z kształtem poszczególnych fraz. Za wielki plus Krzysztofowi Urbańskiemu należy zapisać, że pozwalał pianistce kształtować formę po swojemu, a ona robiła to specyficznie, np. w I części Koncertu f-moll w momentach, gdy grała solo, zwalniała i grała jakby z szerszym oddechem. Nic też nie ujmowało poetyckości II części, a finał może nie był zadzierzystym mazurem, był jakby trochę spokojniejszy, ale kupowało się to. Jednym słowem pozostała sobą, mimo wszystko. Bisów dziś nie było – nie wyglądało na to, żeby miała na nie ochotę, choć zwykle bywa chętna. Ale rozumiem, że można w takich warunkach czuć się niekomfortowo.
Ciekawam, jak to brzmiało bardziej z tyłu – ja siedziałam w III rzędzie i nawet było znośnie. Gorzej jednak z orkiestrą: tu ktoś nie popracował nad proporcjami. Jeżeli np. kontrabasy czy dęte drewniane brzmią głośniej niż I skrzypce, to coś tu jest zdecydowanie nie tak. Dziwnie się słucha takiej orkiestry z proporcjami innymi od faktycznych. Inna sprawa, że i w nagraniach miewamy czasem nieprawdziwe proporcje (nie mówiąc o wyciąganiu na wierzch solistów, kiedy w oryginale nie są za bardzo słyszalni, przydaje się to np. w utworach Szymanowskiego), tyle że w takim przypadku robi się to dla sztuki, polepsza się warunki, natomiast koncerty na wolnym powietrzu są zupełnie inną sytuacją i nie zawsze dba się tu o urodę samego dźwięku. Dopiero raczkujemy w tej dziedzinie i wiele jeszcze musimy się nauczyć, jak widać także metodą prób i błędów.
Do orkiestry Filharmonii Narodowej pod batutą Krzysztofa Urbańskiego wracając, resztę koncertu wypełniła w ich wykonaniu IX Symfonia „Z Nowego Świata” Dvořáka. Niestety ten brak proporcji, o którym wyżej wspomniałam, a zwłaszcza niedobór dźwięku I skrzypiec, dał się we znaki. To bardzo barwna muzyka, którą jakby pozbawiono barw, co oczywiście nie było winą muzyków, bo naprawdę się starali.
Poza tym dziś wieczór przebiegł bez przygód – w przeciwieństwie do wtorkowego Czarodziejskiego fletu Polskiej Opery Królewskiej. Przez cały wieczór straszyły ciężkie, zbliżające się chmury. Wyznam, że nawiałam w momencie, gdy zaczęło padać, a było to po arii Papagena Ein Mädchen oder Weibchen, Dziś spytałam pana z obsługi, czy udało się doprowadzić rzecz do końca – okazało się, że owszem, a część publiczności twardo wytrzymała mimo ulewy; w Centrum było ulgowo, bo właściwa burza tu nie dotarła (ja natomiast już wysiadłszy na moim osiedlu trafiłam na sam środek burzy). Ale i tak gratulacje. To, co pokazano (a określono jako „inscenizowaną wersję koncertową”), było zmodyfikowanym na tę okazję tym spektaklem, który, jak sam tytuł odnośnego wpisu mówi, był „minimalistyczny” na tyle, że nawet nie trzeba było dużo zmieniać; Królowa Nocy oczywiście nie wjeżdżała na księżycu, tylko bardzo dostojnie wchodziła na scenę itp. Nawiasem mówiąc, właśnie Katarzyna Drelich jako Królowa Nocy zaniepokoiła mnie nadmierną, zupełnie niemozartowską wibracją. Za to Tamino, Jacek Szponarski, był tym razem całkiem niezły. Julia Pliś, która swego czasu śpiewała Paminę w Operze na Zamku w Szczecinie, ma może trochę zbyt subretkowy głos do tej roli, ale może też został wyostrzony przez nagłośnienie. Z premiery pozostali świetni: Wojtek Gierlach (Sarastro), Paweł Michalczuk (Papageno) i Wojciech Parchem (Monostatos, tym razem nie pomalowany na czarno).
Pozostały jeszcze trzy wieczory Centralnego Placu Muzyki, ale ja już w nich nie będę uczestniczyć. Żal co prawda Joyce DiDonato, ale wtedy będę już na Walkirii.
Komentarze
No i jeśli powtórzy się obsada Walkirii z wczoraj (zawsze, niestety, może się zdarzyć jakaś niedyspozycja), to zdecydowanie warto będzie przyjechać do Sopotu. Ale o tym dopiszę, jak już PK da swój wpis.
Jutro „Wesele polskie” Józefa Beer’a. Ciekawy jestem…
A tymczasem wczoraj Yehuda Prokopowicz z SV zagrali e-molla na Open’erze. W telewizji brzmiało to przyzwoicie, a relacje paru osób, które były na miejscu wskazują na to, że na żywo też było bardzo dobrze. W co jestem w stanie uwierzyć, bo akustycy festiwalu mają kilkanaście lat doświadczenia w nagłaśnianiu tego miejsca, a projekty „klasyczne” już były, np. Penderecki & Greenwood.
No właśnie. Jednak można. Choć nie zawsze spece od łubudubu wiedzą, jak nagłaśniać klasykę – ale i tacy się zdarzają.
Co do Beera, muzyki można posłuchać tutaj w niemieckim wykonaniu: https://www.youtube.com/watch?v=Lmu0njKUuFM
A jak będzie w Gdańsku – zobaczymy.
A co Pani Kierownik sądzi o interpretacji tej Symfonii? Jak dla mnie zaproponowane tempa to jakaś komedia. Szybko i szybciej. I ten zadowolony z siebie kolekcjoner zegarków… nie rozumiem fenomenu.
No komedia może nie, ale fakt, nie wszystko mi tam pasowało. Np. zaskoczyło mnie, że praktycznie cała III część była w tym samym tempie i rytmie, a powinno tam być pewne zróżnicowanie, zwłaszcza jeśli chodzi o środkowy fragment, który jest wyraźną nostalgią za Czechami.
Julia Pliś subretką? To rzeczywiście musiało być coś z tym nagłośnieniem. Jej szczecińska Pamina w czasie premiery wydawała mi się wręcz za mocna, głosowo bardzo gęsta choć, oczywiście, była świetna. Najlepsza w tej obsadzie.
To prawda, że mocna, w Warszawie też brzmiała mocno, ale nie chodziło mi o silę głosu, tylko o barwę.