Cierpienia miłosne

Tytuł wpisu wzięty ze znanej miniatury Fritza Kreislera, ale dotyczy nowej opery kameralnej Tomasza Prasquala (niegdyś Praszczałka, ale odkąd mieszka w Niemczech, używa pseudonimu artystycznego).

Właśnie odbyła się jej premiera w TR Warszawa, jeszcze sobotnie powtórzenie. Wystawienie w ramach 5. AżTak Festiwal, organizowanego przez Hashtag Ensemble. Niestety na koncerty festiwalowe nie udałam się z powodu upałów; dotarłam tylko tutaj, na finał. Festiwal w tym roku odbywał się pod hasłem Obsesje i dzieło pt. only Love can break your Heart dokładnie do tematu pasowało.

Powstało trzy lata temu we współpracy z dramaturżką Giulią Fornasier podczas pobytu na rezydencji w Wiedniu, a jego tematem jest fikcyjne spotkanie przez wieki – gdzieś w przestrzeni poza czasem – dwojga poetów: XVI-wiecznej Wenecjanki Gaspary Stampy i współczesnego Nigeryjczyka Logana February, określającego się jako poeta queerowy. Oboje bohaterowie, którzy zarówno śpiewają własne poematy, jak rozmawiają ze sobą i na swój sposób tworzą wspólnotę miłosnego, a zarazem artystycznego bólu, mają swoje wersje wokalne (znakomici Justyna Rapacz i Michał Sławecki) i aktorskie (Justyna Wasilewska i Mateusz Górski). Gra zespół kameralny – Hashtag Ensemble, a do tego jeszcze dwóch solistów-wiolonczelistów (Bartosz Koziak i Dominik Płociński, którzy pod koniec utworu prezentują się w wirtuozowskim i emocjonalnym duecie), symbolizujących nieosiągalnych kochanków głównych bohaterów. Niemało też miał tu do powiedzenia reżyser spektaklu Cezary Tomaszewski, który ubrał i opatrzył wszystkich (tak – bandaże opatrujące wyimaginowane rany miłości noszą tu także instrumentaliści i dyrygentka Lilianna Krych) bardzo efektownie.

To prawda, że jest tu o cierpieniu, ale od każdej strony – również, by tak rzec, satyrycznie. Kompozytor zręcznie operuje różnymi konwencjami: gdy w jednym z pierwszych numerów mowa jest o banalności miłości, ta banalność w muzyce również na swój sposób się pojawia (podkreślona też przez reżysera, który każe w tym momencie aktorom kręcić zalotnie kuperkami), ale przy tym jest niebanalna – to brzmi jak oksymoron, ale naprawdę to jest możliwe. Kiedy potrzebne są nawiązania do baroku – są. Większość jednak w stylu przystępnie współczesnym. Wiwisekcja obu bohaterów i ich uczuć odbywa się tu na wielu płaszczyznach; pada wręcz zasadnicze pytanie: czy miłość nieodwzajemniona jest naprawdę miłością. I czym w takim wypadku obiekt miłości jest (i czy w ogóle istnieje).

Muzycznie mi się to podobało (zwłaszcza że świetnie wykonane), choć trochę było przeciągnięte, w paru momentach właściwie już się kończyło, jednak trwało dalej – widziałam, że w jednym z takich momentów trochę ludzi już nie zdzierżyło i wyszło, ale nie było ich dużo. To już dziewiąta ponoć opera Prasquala – może kiedyś coś jeszcze tu zobaczymy?

Reklama