Beer z naddatkami
Niespecjalnie dobrym pomysłem było oddanie nieznanej, a słusznie przypomnianej operetki/musicalu Józefa Beera Polskie wesele reżyserowi, który nie miał z tym gatunkiem doświadczeń.
No bo po co, jeśli przedstawia się nieznane dzieło, uzupełniać je jakimiś wstawkami nie mającymi nic albo bardzo niewiele wspólnego z treścią. Co więcej, forma, w oryginale zwięzła i zgrabna, zostaje przez te zabiegi kompletnie rozwalona. To, że mimo to można było docenić jakość muzyczną, świadczy o tym, jak dobry jest to utwór.
Jest to oczywiście z założenia muzyka lekka, łatwa i przyjemna i obojętne. czy określi się Beera jako „polskiego Lehara” czy jako „polskiego Gershwina” – to jest etap pośredni między operetką a musicalem, można powiedzieć: stan na lata 30., a dokładnie na 1937 r. Miła historyjka z akcentami patriotycznymi (choć Beer wówczas od dawna mieszkał i działał najpierw w Wiedniu, potem we Francji) była ostatnim dziełem kompozytora, które mogło jeszcze być wykonane w całej Europie, w tym w Polsce (w Bydgoszczy) – tyle że już nie w Wiedniu (ze słynnym Richardem Tauberem) czy Paryżu (z Kiepurą i Martą Eggerth), bo te wykonania zablokowano.
Historia to w sumie dość błaha, umiejscowiona w czasach rozbioru Polski – bohater Bolesław na początku przekracza granice zaborów, potem incognito wraca do swojej ukochanej Jadzi, która obiecana została tymczasem przez swego ojca, barona Ogińskiego, hrabi Stanisławowi Zagórskiemu, stryjowi Bolesława. Jest tu jeszcze Zuza, krewna barona, zarządzająca mocną ręką jego majątkiem (bardzo feministyczna rola, i to w sensie pozytywnym), i jej absztyfikant Kazimierz. Treścią są zabawne intrygi niezbędne do tego, by pary zakochanych mogły się połączyć.
Tymczasem Paweł Miśkiewicz wraz z dramaturżką Darią Kubisiak postanowili wstawić do spektaklu ideologię, reprezentowaną przez elementy, które nijak tu nie pasują. Np. pieśni ludowe (w liczbie pięciu), które opowiadają o złych panach i biednych wykorzystanych służących, albo długi fragment wstawiony na początku II aktu, w którym kolejno występują panny młode żalące się na swój ciężki los (a na koniec tej sekwencji Ewa Kaim opowiada długą gehennę nieszczęsnej żony z wyższych sfer). Ponadto na scenie co i rusz pojawiają się postaci symbolizujące polską martyrologię – ranny powstaniec, husarz itp. Są też wstawki z udziałem Andrzej Jagodziński Trio, ale te są chociaż przyjemne. Naprawdę, jeśli reżyser chciał zrobić spektakl na temat ciężkiej (niewątpliwie) doli kobiet, to mógł stworzyć własny materiał, nie musiał do tego używać odkrywanego na nowo dzieła. Powiem więcej: nie powinien był, bo teraz publiczność musi się zastanawiać, co naprawdę było częścią tego dzieła, a co nie.
Muzycznie za to było naprawdę przyzwoicie: Łukasz Borowicz świetnie prowadził zespoły Opery Wrocławskie, a soliści byli znakomici: Piotr Buszewski jako Bolesław (wydaje mi się, że jego głos najlepiej pasuje właśnie do takiego gatunku), Hubert Zapiór jako Kazimierz, Monika Radecka jako Jadzia i charakterna Marta Wiktorzak (z Akademii Operowej) jako Zuza. Niezwykłą vis comica pokazał Grzegorz Szostak jako Hrabia Staszek. Naprawdę było czego posłuchać, więc tym bardziej szkoda, że nie zaufano dobremu fachowcowi, jaki Beer niewątpliwie był.
Komentarze
No ciężko się to oglądało. Rzeczywiście: reżyserski misz-masz zakopał lekkość i urodę tej muzyki w dłużyźnie i przynudzaniu. Pomysł nieudany.
Nie podobała mi się też scenografia i kostiumy. Ni to cepelia, ni to karykatura. Choć pomysł z kolistym ekranem-lustrem z tyłu sceny dobry. Ale, jak większość rzeczy w tym przedstawieniu niewykorzystany.
Soliści świetni (nawet w partiach mówionych, co u śpiewaków operowych nie jest oczywiste!) i tym bardziej szkoda, że nie pozwolono im zabawić nas bez niepotrzebnego nadęcia.
Nie wróżę długiego życia scenicznego temu przedstawieniu. Przykro, bo wiem, że Łukasz Borowicz podszedł do odkurzenia Beera i jego ostatniej operetki z entuzjazmem i pełnym zaangażowaniem.
Niestety, nie tym razem.
No właśnie szkoda. To swoją drogą wzruszające, kompozytor tyle lat za granicą i taki polski utwór. Osobnym rozdziałem jest, dlaczego akurat „Umarł Maciek” był ulubioną polską piosenką polsko-zydowskich kompozytorów. Bo i Tansman, i Laks, i chyba też gdzieś Wajnberg… No i Beer właśnie. Może dlatego, że smutno-wesola i przy tym łapie jakiegoś polskiego ducha, a zarazem troche nadziei – „gdyby mu zagrali, podskoczyłby jeszcze”.
@PK – trzecia symfonia Wajnberga 🙂
Dzięki, no właśnie – sama o tym niedawno pisałam: https://blog.polityka.pl/szwarcman/2026/03/07/rosja-znow-wraca/