Po Montrealu i Pittsburghu – Amsterdam
Bardzo światowe są Chopieje w tym roku – występ już trzeciej zagranicznej orkiestry za nami. Ale to już koniec, teraz będą tylko polskie.
Orkiestra Concertgebouw, w odróżnieniu od poprzednich zagranicznych gości, dała tylko jeden występ. Tym razem nie dyrygował, jak w NOSPR dwa lata temu, jej przyszły szef (od następnego sezonu) Klaus Mäkelä, lecz jego o dekadę starszy rodak Santtu-Matias Rouvali, więc znów byli „Amsterdamczycy pod Finem„. Rouvali nie ma może takiej charyzmy, ale sprawia sympatyczne wrażenie ze swoją fryzurą a la barokowe putto, uśmiechem i energią. Zagrane na początek Divertimento Grażyny Bacewicz mogłoby mieć trochę więcej szwungu i dowcipu, ale nie było źle.
Bardzo mieszane uczucia miałam słuchając Vikingura Ólafssona w V Koncercie Beethovena. Ten pianista, choć za nim nie przepadam, ujął mnie ostatnio, kiedy 7 miesięcy temu wraz z żoną Hallą Oddný Magnúsdóttir wzięli udział w jubileuszowym konkursie s okazji 100. rocznicy urodzin Györgya Kurtága, wykonując zarówno jego utwory, jak też jego transkrypcje Bacha, i to na tym samym pianinie, na którym kiedyś grał Kurtág z Mártą. Ale dziś mnie po prostu wkurzył. Jeszcze pierwsza część – no dobrze, tradycyjny monumentalizm, ale porządny, druga część liryczna też ok, choć trochę sztywna. Ale finał był totalnie zapędzony i zarąbany. Wygląda na to, że to się publiczności podobało – ech… Bisy były już lepsze: powiedział przed nimi, że nie ma śmiałości grać Chopina w Polsce (i całe szczęście), więc zagra jego ulubionego kompozytora, czyli Bacha, którego sam także lubi szczególnie. Była więc transkrypcja wolnej części 4. Sonaty organowej BWV 528 dokonana przez Augusta Stradala oraz Arii z Suity orkiestrowej D-dur.
W drugiej części V Symfonia Prokofiewa. Nie miała w sobie takiej demoniczności jak pamiętne wykonanie Berlińczyków pod Yannickiem Nézet-Séguinem (koncerty sprzed 7 lat w NFM i NOSPR), ale też nie była to sielanka, bo ten utwór z pewnością ją nie jest. Groza przebija z niego właściwie cały czas pod spodem, jeśli nawet się chowa, to jest w domyśle. Rouvali był jednak dużo pogodniejszy od Nézet-Séguina – taka widać jego natura, nawet wykonany na bis Valse triste Sibeliusa nie był tak naprawdę triste.
PS. Jutro opuszczam Chopieje, choć bardzo lubię Zitong Wang i żałuję tego koncertu, ale idę na inny, z pewnością świetny recital fortepianowy: Adama Golki w ramach Festiwalu Romantycznych Kompozycji w Łazienkach. Nie miałam jak chodzić na ten festiwal, choć byli świetni wykonawcy, więc przyjdę choć na ostatnie akordy.
Komentarze
Co roku zastanawia mnie, dlaczego daty tych festiwali muszą na siebie nachodzić. W efekcie mając bilety na Chopieja kupione zwykle w marcu, na ten drugi festiwal nie chodzę.
Też tego nie rozumiem.