Geniuszki dwa
Wrócił po dwóch latach małżeński duet pianistyczny Anna Geniushene i Lukas Geniušas. Zawsze z przyjemnością się ich słucha, choć może dziś więcej było mankamentów niż na koncercie sprzed dwóch lat.
Świetna była pierwsza część, poświęcona muzyce francuskiej, a konkretnie dwóm transkrypcjom dwufortepianowym autorstwa Ravela: Trois nocturnes Debussy’ego i jego własnego La Valse. Impresjonistycznie to zagrali (kolega pianista narzekał, że za bardzo zamazywali pedałem), ale przy tym bardzo efektownie; chmurki chodziły po niebie, święta były radosne (ładnie wyszedł efekt fanfary z oddali, którą w orkiestrze grają trąbki z tłumikiem). Dobrze, że przeszli prosto z Nokturnów do Walca, w którym też była właściwa doza szaleństwa.
Dwa lata temu w drugiej części koncertu wykonali część programu poświęconego muzyce amerykańskiej, który nagrali na album pt. Hallelujah Junction (wyszedł w zeszłym roku). Ale wówczas była to bardziej interesująca, współczesna część tego repertuaru: Rzewski, McPhee i Adams. Na dziś wybrali znajdującą się również na tym albumie mało znaną, efektowną Uwerturę kubańską Gershwina – ciekawe to było po prostu ze względów poznawczych. Pozostałą część programu uzupełnili bardziej znanymi dziełami tego kompozytora: Trzema Preludiami na fortepian i Rhapsody in Blue w transkrypcji dwufortepianowej George’a Stone’a. Niestety, choć muzycy sprawiali wrażenie, że doskonale się bawią, brakowało tu czegoś, bez czego nie ma Gershwina: odrobiny luzu i swingu. Ale grają świetnie, to trzeba przyznać. Na bis wykonali dwa walce Ignacego Friedmana – więcej grali ich na poprzednim koncercie.
Po raz kolejny można było odnieść wrażenie, że choć techniką i w ogóle klasą są sobie równi, to w tym duecie to pianistka nosi spodnie. Chciałoby się ją tu posłuchać w solowym recitalu – to osobowość dużego formatu.
Komentarze
Niedziela, 30 sierpnia, Flandria
Kwartet dziewczęcy na troje skrzypiec i wiolonczelę. Vivaldi przy świecach w Muziekgebouw Eindhoven. Publiczność bardziej jednak dla świec i bufetu, każda pauza bita brawem.
Ktoś niedawno o pewnym hollywoodzkim gwiazdorze powiedział, że nie zdał egzaminu na wielkość, chociaż miał okazję grając w dramacie większym od życia.
Dla mnie takim sprawdzianem w muzyce jest trzecia część lata, furtka do nieba, przez którą niektórzy przechodzą a inni nie dostrzegają kręcąc się nieporadnie na podjeździe. Nigel Kennedy pokonuje ją jednym skokiem z miejsca.
Dziewczęta przeszły furtkę lekko z wdziękiem właściwym młodości i pięknu.
W Pianiście Polańskiego jest scena, gdzie kobieta w zaawansowanej ciąży wykonuje na wiolonczeli preludium z pierwszej suity Bacha. Wiolonczela to jedyny instrument, którego rejestr odpowiada ludzkiemu głosowi.
Grać na niej powinny tylko kobiety. I pan Karim Wasfi, dyrygent bagdadzkiej filharmonii, który miał zwyczaj siadać ze swoją wiolonczelą pośrodku dymiących jeszcze gruzów bomb pułapek i grać, tylko grać.
Są też takie filmy (wrzucałam tu nawet kiedyś) z Ukrainy: wiolonczelista Lukas Stasevskij, który grał w Kijowie na ruinach… Pendereckiego. A w Buczy Bacha.
Denysa Karachevtseva z Charkowa jeszcze tu nie wrzucałam: https://www.youtube.com/watch?v=c1EutDYenpQ
Off topic (ale trochę a propos powyższego komentarza):
Zaraz po północy z niedzieli na poniedziałek gościłam w radiowej Trójce w audycji Jacka Hawryluka Samo H. Rozmawialiśmy o Krzysztofie Pendereckim i mojej małej monografii na jego temat, która, nawiasem mówiąc, jest do dostania w stoisku na Chopiejach.
Teraz można odsłuchać tę audycję na stronie Trójki (trwa prawie godzinę): https://www.polskieradio.pl/trojka/audycje/samo-h,11327/odcinek/samo-h-31-sierpnia-2026,557d9ba9-dbcc-4a7b-94f0-d0b93691bb5f
Miłego słuchania 🙂