Trudny temat

Eutanazja. Nie wiem, czy Noelia Castillo była religijna. Zmarła na własne życzenie w wieku 25 lat niedługo przed Wielkanocą, mitycznym zwycięstwem nad śmiercią. Sparaliżowana od pasa i w ciągłym bólu po próbie samobójczej na tle traumatycznych przeżyć osobistych, wolała śmierć niż takie życie. Skorzystała z legalnej eutanazji. Sądy odrzucały kolejne wnioski ojca Noelii i jego chrześcijańskich adwokatów, aby tego nie uczyniła.

Nie pierwszy raz w krajach demokratycznych rozegrała się taka prawna batalia i nie pierwszy raz tak się zakończyła. Nie spieszmy się jednak ani z potępieniem, ani z aprobatą „prawa do śmierci”. Wkraczamy tu na teren egzystencjalnie ekstremalny. Nie wiemy, jak byśmy się zachowali, gdyby w naszym życiu stanął taki wybór, dotyczący nas samych lub osoby nam bliskiej.

Tylko ja jestem panem swego życia i władcą swego ciała, mówią jedni. Nieprawda, odpowiadają przeciwnicy prawa do „dobrej śmierci”: twoja decyzja ma skutki dla innych. Bliskich i obcych. Bliskim zadaje cierpienie, obcych oswaja z „cywilizacją śmierci”, w której słabi nie mają miejsca, a życie dotknięte cierpieniem i niesprawnością nie ma wartości.

Nie da się tu wypośrodkować stanowiska. Jedyne, co możliwe w tym sporze, to otwarcie prawnej furtki, z której można skorzystać pod określonymi warunkami. Opcja, ale nie zakaz czy nakaz. Nie musisz z niej korzystać, ale możesz, jeśli tak się ułoży w twoim życiu, że nie widzisz innej możliwości. Czy jednak chcemy, by państwo wkraczało tak głęboko w życie obywateli?

Z badań wiadomo, że zwłaszcza ludzie starsi albo i młodzi z nieusuwalnymi dysfunkcjami obawiają się takiej ingerencji. Bo prawo prawem, lecz w praktyce pojawia się wywieranie eutanazyjnej presji w rodzinach, środowiskach, szpitalach, domach pomocy społecznej. Nie każda rodzina gotowa jest do permanentnej opieki nad potrzebującymi jej bliskimi. Nie każdy nieuleczalnie chory łaknie eutanazji. Każdy przypadek jest wyjątkowy w takim sensie, w jakim każdy człowiek jest jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny jak odcisk jego palca.

Argumenty i kontrargumenty w tym sporze są powszechnie znane. Spór mógł się pojawić wraz z osiągnięciem pewnego poziomu cywilizacji i medycyny. Wcześniej życia nie dało się ani poprawiać, ani podtrzymywać biologicznie niemal bez końca. Nowe możliwości są zawrotne, ale kosztują publiczne i prywatne pieniądze, więc temat podchwycili politycy, podobnie jak temat aborcji.

Oba dotyczą sytuacji egzystencjalnie ekstremalnych, wyboru: śmierć czy życie. Dlatego generują silne emocje, bo śmierć i życie dotyczą każdego, a nie tylko wybranych. Czy nam się to podoba czy nie podoba, w systemie demokratycznym nawet takie tematy podlegają debacie publicznej. Dawniej była to domena „woli Bożej” czy sił natury, w epoce misji Artemis znalazły się w sferze prawa stanowionego przez parlamenty, które ostatecznie podejmują decyzje w drodze głosowania. Jego wynik w demokracji jest wypadkową nie tylko wartości i idei, ale też interesów.

W kolebce demokracji parlamentarnej, czyli w Wielkiej Brytanii, właśnie trwa procedowanie projektu legalizacji „prawa do dobrej śmierci” w Anglii i Walii. Choć większość społeczeństwa jest za, w Izbie Lordów – wchodzą do niej z automatu przedstawiciele Kościoła państwowego, Church of England – zgłoszono setki poprawek, które prawdopodobnie znacznie opóźnią ostateczną decyzję. Środowisko lekarskie jest podzielone. Na dodatek analogiczny projekt legalizacji eutanazji przepadł niedawno w autonomicznym parlamencie Szkocji ku zaskoczeniu liberalnej części opinii publicznej.

Z drugiej strony rośnie liczba państw, gdzie eutanazja jest legalna (w Europie to Holandia, Belgia, właśnie Hiszpania, której obywatelką była Noelia, Luksemburg, Austria, poza Europą m.in. Kanada, Nowa Zelandia, Australia), ale to ułamek w skali całego globu (blisko 200 państw). Ciekawe, że liczba państw z legalną aborcją jest znacznie wyższa (77) niż z legalną eutanazją. Jesteśmy w środku długofalowego procesu. Tak czy inaczej, nie uciekniemy od tych trudnych tematów. Arbitralne „nie, bo nie” niczego nie rozwiąże.

Reklama